poniedziałek, 11 listopada 2013

"Pieniądze szczęścia nie dają być może..."




                                        Pieniądze i książki tylko wtedy pożytek przynoszą,
                                        gdy są w obiegu.
                                                                                                                                                 [Friedfich Ruckert]




Do znanego wszystkim powiedzenia - "Światem rządzi pieniądz", dodam "i... politycy". Przez Świat przelewa się fala kryzysów gospodarczych. Niedawno podczas telewizyjnej debaty, jakiej przysłuchiwałem się w jednej z komercyjnych stacji, jeden z "ekspertów", jako winnych wskazał... Fenicjan. Ciekawa konkluzja, nie powiem. Upadają banki, ale w ich miejsce powstają nowe. Obama zasilił upadające największe amerykańskie banki dodatkowymi dolarami. Pierwszym krokiem, jaki poczynili prezesi tych banków był zakup nowych samolotów, którymi latają po świecie. Drukarnie nie nadążają produkować nowych dolarów, które wprowadza do obiegu rząd amerykański, co zwiększa inflację, która z kolei powoduje reperkusje finansowe w innych krajach. Świat finansów można porównać do kasyna, w którym rządzą szulerzy okradający hazardzistów liczących na wysokie wygrane. Takimi kasynami są giełdy papierów wartościowych. Drobny ciułacz, który zainwestował na giełdzie swoje oszczędności łudzi się, że osiągnie fortunę, a w rzeczywistości jest maleńkim pionkiem, który może zostać wyłączony z gry, o ile nie zdąży wycofać się w odpowiednim momencie. Znam kilka osób, które "utopiły" na giełdzie wszystkie oszczędności, dorobek całego życia. 

Przed laty rząd Pawlaka (był taki premier Najjaśniejszej) "zasilił", a właściwie wpompował do upadającego banku BGŻ z budżetu państwa ponad 30 miliardów złotych. Obecnie bank ten ma się dobrze, a zarządzany jest przez ludzi z PSL-u. W Warszawie tzw. Licznik Balcerowicza na bieżąco pokazuje zadłużenie naszego kraju. Alternatywą "licznika" jest internetowa strona - http://www.zegardlugu.pl/, na której zmieniające się w każdej sekundzie cyfry uwiadamiają, w jakim tempie wzrasta zadłużenie kraju, a właściwie - Polaków. Świat jest tak urządzony, że biedni niosą na swych plecach bogatych, co oznacza, że za błędy Rostkowskiego i innych nieudaczników resortu finansów zapłacą zwykli obywatele. Rostkowskiego nie interesują żadne OFE, ponieważ  składki na przyszłą emeryturę opłaca... w Wielkiej Brytanii. 

W skali mikro problem funkcjonowania pieniądza jest bardziej klarowny, przejrzysty. Myślę, że każdy człowiek - przeciętny "zjadacz chleba" w Polsce dysponuje "jakąś" (?) sumą pieniędzy, które pozwalają mu egzystować na "jakimś" poziomie, z reguły niższym niż w innych krajach Europy. W Polsce nie ma tzw. klasy średniej; są bardzo bogaci i bardzo biedni. O emerytach lepiej nie mówić, ponieważ ta grupa ludzi w Polsce jest najgorzej uposażona, co znam autopsji. 

Pogoń za materią (za pieniędzmi) osiągnęła rozmiary epidemii i przybiera na sile. Jest to problem o zasięgu globalnym. Ludzie pracują ponad siły fizyczne, co musi w przyszłości odbić się na ich zdrowiu. Do niedawna zjawisko to określano "wyścigiem szczurów", ale na tyle się zdewaluowało, że obecnie nikt nie zwraca na nie uwagi, stało się czymś naturalnym. Młodym małżeństwom przyświeca dewiza: Samochód, mieszkanie, a dopiero później... przyjście na świat dziecka. Realizacja takich planów często wiąże się z zaciąganiem kredytów, które muszą spłacać przez wiele lat. Praca na dwa etaty jest rzeczą normalną, co negatywnie odbija się na życiu rodzinnym, w tym na ich współżyciu. Wzrasta odsetek mężczyzn z zaburzeniami potencji, o czym pisze codzienna prasa opierając się na opiniach seksuologów. Kiedy zrealizują plany materialne - mają dom, samochód, często okazuje się, że "upragnione", wcześniej zaplanowane dziecko nie kwapi się z przyjściem na świat. Nietrudno domyśleć się, dlaczego tak się dzieje? Odsyłam do psychosomatyki. 
 
Pieniądz w formie tzw. gotówki jest wypierany przez plastikowe karty płatnicze. Konta bankowe, przelewy drogą elektroniczną, zakupy w marketach - sprawiają, że człowiek z "żywymi" pieniędzmi ma coraz mniejszy kontakt. Niesie to pewne zagrożenia. Ludzie korzystając z kart płatniczych dokonują zakupów w sposób niekontrolowany, co często kończy się bankowym debetem, a pomyłki przy kasie na niekorzyść klienta są dość częstym zjawiskiem. Złodzieje kieszonkowcy przekwalifikowali się w złodziei... elektronicznych. Nie ma doskonałego zabezpieczenia kont bankowych, o czym przekonuje się tysiące ludzi, którym z kont znikają pieniądze. Na marginesie dodam, że od ponad czterech lat nie jestem posiadaczem żadnej karty płatniczej, chociaż świadczenia emerytalne wpływają na konto bankowe. Mogę być przez kogoś uznany za ultrakonserwatystę, czy wręcz człowieka zacofanego, co mi w ogóle nie przeszkadza. 

W Polsce funkcjonują różnego rodzaju parabanki i inne "firmy" oferujące szybkie kredyty, bez zabezpieczeń. W tym miejscu nie sposób uniknąć wątku politycznego. Obowiązkiem rządu, w myśl Konstytucji, jest zapewnienie obywatelom nie tylko bezpieczeństwa fizycznego, ale także ochrona ich przed innymi zagrożeniami. W kodeksie karnym lichwa jest przestępstwem ściganym z urzędu - przez prokuraturę. Tak stanowi prawo, które ma się nijak do rzeczywistości. Wspomniane przed chwilą pseudo firmy działają na rynku bez żadnych ograniczeń.  Stosują one w regulaminach różnego rodzaju "kruczki -pułapki" mające na celu oszukanie klientów, którzy dokładnie nie czytają podpisywanych umów. Roczne odsetki przekraczają wartość kredytu, co sprawia, że klient staje się niewypłacalny. Wtedy wkraczają następne "hieny finansowe" - windykatorzy, którzy w swoim działaniu są bezwzględni. Wystarczy włączyć telewizor, by usłyszeć o ludziach, którzy wpadli w zastawioną na nich pułapkę finansową, z której nie mają wyjścia. Często są to ludzie starsi, schorowani, którzy zostają wyrzuceni z własnego mieszkania, na które pracowali przez dziesiątki lat. Umieszczanie w miejscach publicznych kartek reklamujących tego rodzaju "firmy" jest bezprawne, dlatego są one rozklejane pod osłoną nocy. Jeśli ktoś zauważy przy wejściu do budynku kartkę - ulotkę reklamującą "lichwiarski" kredyt ma prawo zerwać ją i wyrzucić do kosza. Rząd nie wypełnia swoich konstytucyjnych obowiązków, stąd apel: Omijajcie z daleka lichwiarzy. Nie korzystajcie z różnego rodzaju prezentacji (przeważnie chińskich) produktów, które są wam wciskane po zawyżonych cenach. Na tego rodzaju "spędy" naciągacze zapraszają osoby starsze, często niedosłyszące, którym łatwo "wcisnąć" tandetę, którą przychodzi im spłacać przez wiele miesięcy, co nadweręża ich skromne, często głodowe emerytury.  

Głównym motywem wielu groźnych przestępstw kryminalnych, w tym brutalnych zabójstw, porwań - są pieniądze. Wstydliwy, często pomijany, ale niestety duży problem, stanowią nieporozumienia rodzinne na tle finansowym, a dotyczą spadków po zmarłym członku rodziny. Znam to z autopsji. Wydawało mi się, że należę do wyjątku, ale... Podczas rozmów z ludźmi okazuje się, że jest to zjawisko powszechne, uznawane za naturalne, z czym jeszcze do niedawna było mi trudno się pogodzić. Problem ten często przybiera karykaturalną, wręcz groteskową formę, a nierzadko nosi znamiona przestępstwa. Utwierdziłem się w przekonaniu, że pokrewieństwo między ludźmi nie jest równoznaczne z miłością rodzinną, o czym dość głośno i dobitnie mówią ezoterycy. Jest to dobry temat na osobny artykuł.  



Po tych ogólnych uwagach związanych z tematem tego posta,
postaram się przypomnieć podstawowe magiczne (i nie tylko)
zasady, które może nie pomnożą naszych pieniędzy,
ale przynajmniej pozwolą na tyle je obłaskawić,
by stały się dla nas bardziej przyjazne. 

Nie zawsze tak jest, ale odzwierciedleniem solidnie wykonanej pracy, są zarobione pieniądze, o które powinniśmy należycie dbać, szanować je. Mam na myśli nie tylko ich racjonalne wydatkowanie, ale także przechowywanie ich w miejscach do tego przeznaczonych. Noszenie po kieszeniach zmiętych pieniędzy powoli odchodzi w niepamięć. Przed laty "galopująca" inflacja powodowała, że pieniądze traciły na wartości każdego dnia, być może, dlatego ludzie ich nie szanowali. Zdecydowana większość ludzi pieniądze przechowuje złożone w portmonetkach czy portfelach, co świadczy, że pieniądze od pewnego czasu postrzegane są przez Polaków, jako dobro, które należy szanować. Banknot, niezależnie od nominału, nie jest zwykłym kawałkiem zadrukowanego papieru, który można porównać do skrawka gazety. Pieniądz  krąży -  przekazywany jest "z rąk do rąk", jako środek płatniczy, a wraz z nim energie, które można by określić, jako "energie pieniędzy". Osobiście unikam przyjmowania zniszczonych banknotów, niekiedy decyduję się na wzięcie pieniędzy w drobniejszych nominałach, ale niezniszczonych. W takich sytuacjach widzę zdziwienie na ludzkich twarzach. Pieniądz szanowany trzyma się obecnego właściciela. Szanujesz - masz; przestajesz szanować - tracisz. Nie zapomnijmy do nowo zakupionego portfela włożyć drobnej monety - symbolicznego "grosika", który ma pomnażać noszone w nim pieniądze. W zasadzie nie musimy o tym pamiętać, ponieważ większość sprzedawców przy zakupie portfela uczyni to za nas. 

Dość często widzimy leżącą drobną monetę na chodniku, którą ktoś zgubił. Reakcja przechodniów jest różna. Jedna osoba bez chwili wahania podnosi ją i wkłada do portfela; inni przechodzą obojętnie, uważają, że nie warto schylać się po nią. Być może te pięć, czy dziesięć groszy może okazać się niezbędne podczas zakupów, a ponadto ze względu na szacunek do pieniądza (by nie był deptany), schylamy się po niego. W żaden sposób nie uwłacza to naszej godności, wręcz przeciwnie. 

Zaważyłem, że dość dużo ludzi (głównie panie) popełniają przy zakupach dość istotny błąd, na który w ogóle nie zwracają uwagi.  Dzieje się to głównie podczas zakupów na targowiskach, bazarach, gdzie nie ma konkretnego miejsca na położenie pieniędzy, którymi płacimy za towar - warzywa, owoce itp. Ludzie mając zajęte ręce, w których trzymają siatki wypełnione zakupami, otwierają portmonetkę i proszą sprzedawcę, żeby ten wyjął z niej odliczoną kwotę pieniędzy za towar. Niby nic, prawda? A jednak jest to działanie nierozsądne, ponieważ pozwalamy obcej osobie grzebać w naszej własności. Dobrowolnie pozbawiamy się "szczęścia". Coś innego, kiedy chodzi o odebrane reszty. W takiej sytuacji otwieram portmonetkę i proszę sprzedawcę o wrzucenie reszty. 

Pozostając przy temacie handlu, chcę przypomnieć, że sprzedawca powinien pierwszemu klientowi udzielić rabatu (o ile jest to możliwe), by cały dzień był dla niego i dla klienta pomyślny.  Kiedyś handlowcy przed otwarciem sklepu dokonywali prostego rytuału, który polegał na pocieraniu zwitkiem banknotów towaru przeznaczonego do sprzedaży. Miał on na celu przyciągnięcie klientów i pomyślną jego sprzedaż. 

Wychodzę z założenia, że pieniądz powinien krążyć (być w obiegu). Dlatego trzymanie pieniędzy w przysłowiowej "skarpecie" bez żadnego ich przeznaczenia, uważam za zupełnie bezcelowe, pozbawione sensu. Jeśli właściciel nie potrafi ich zainwestować, przeznaczyć na jakiś cel, to znajdą się inni, którzy zrobią to za niego. Nietrudno domyśleć się, co mam na myśli. Ostatnio media informowały, że na Górnym Śląsku, w hotelu robotniczym zmarł starszy, samotny mężczyzna, który żył bardzo skromnie. Okazało się, że w jego łóżku znaleziono ponad sto tysięcy złotych, które trafiły do depozytu sądowego. Prawdopodobnie pieniądze te zasilą kasę skarbu państwa. 

Często ludzie zazdroszczą innym bogactwa, podejrzewając ich o nieuczciwość. Naprawdę nie warto.  Znajomy sugerował, że mi, że jego sąsiad dorobił się majątku w podejrzany sposób. Zaproponowałem, żeby robił tak samo jak sąsiad, a wtedy on też będzie bogaty. Poczuł się urażony. Nieuczciwie zdobyte pieniądze muszą kiedyś właścicielowi przysporzyć kłopotów, w myśl powiedzenia: "Kradzione nie tuczy". 

Jedna z siedmiu zasad rządzących Kosmosem, głosi, że Świat Jest Mentalny. Jeśli czegoś mocno pragniemy, myślimy o tym - materializuje się. To prawda, ale wyjątek stanowią pieniądze, ponieważ najczęściej pragną ich (zaznaczam - pragną) ludzie chciwi, którzy mają w planie wydać je w niewłaściwy sposób. Im bardziej pragną - tym bardziej od nich się oddalają. Często człowiek tak bardo pragnie pieniędzy, tak intensywnie o nich mysli, że idąc ulicą może kopnąć leżący na chodniku portfel i pójść dalej. Tacy ludzie chwytają się różnych sposobów, byle tylko osiągnąć cel. Nierzadko szukają pomocy u wróżek, które w TV "świadczą swoje usługi" za niezbyt wygórowaną cenę. Otrzymują swoje "szczęśliwe numery", które mają zapewnić im wysokie wygrane. Efekt może być tylko jeden - rozczarowanie. Podczas wielu lat pracy z wahadłem, było mi dane spotkać takich właśnie ludzi. Z ich ust padało jedno pytanie: "Czy wahadełko może wskazać liczby, jakie będą wylosowane w Toto-Lotku?". Każdemu, komu przyjdzie taki pomysł do głowy, radzę ze szczerego serca - niech odstąpi, niech zajmie się czymś bardziej przyziemnym, a wahadło zostawi w spokoju. Taka "próba" skończy się niepowodzeniem, a wahadło stanie się bezużytecznym przedmiotem. Kończąc ten wątek dodam, że zdobyte "na siłę" pieniądze mogą ich właścicielowi przysporzyć wielu kłopotów.   

Każdy z nas ma indywidualne spojrzenie na temat bogactwa, posiadania pieniędzy, które częściowo wiążą się z astrologią, czy numerologią. Oczywiście nie wszyscy wierzą w ich wpływ na nasze życie. Powtarzam po raz "enty": Każdy wierzy w to, w co ma wierzyć.  Przykładowo numerologiczna Jedynka prawdopodobnie nie stanie się krezusem, ponieważ jej chęć "wygodnego" życia nie pozwoli jej, zaoszczędzić większej sumy pieniędzy. Z kolei Trójka - ma ciągle nowe niekończące się pomysły (wydatki), co czyni ją osobą raczej umiarkowanie zamożną. Natomiast Czwórka - "dochodzi" do dużych pieniędzy, ale okupione są ciężką pracą. Jeśli Ósemka mówi, że nie ma pieniędzy, należy to między bajki włożyć, ponieważ ludzie z tą wibracją nie dopuszczą do tego, by zostać bez przysłowiowego "grosza przy duszy". Wystarczy dobrze potrzasnąć portfelem Ósemki, a wypadną z niego jakieś pieniądze. Pamiętać należy, że w dziewiątym roku osobistym nie powinniśmy rozpoczynać większych przedsięwzięć finansowych - zakładanie firmy, itp. Pamiętam, że kiedyś znajomemu, który był w "dziewiątce"  odradzałem otwarcie sklepu. Nie posłuchał - sklep "padł' po kilku miesiącach, a człowiek ten stracił zainwestowane ponad trzydzieści tysięcy złotych.  

Osobom cierpliwym, którzy chcą poprawić swoją sytuację materialną polecam stosowanie afirmacji, która jest niezwykle skuteczna, ale pod warunkiem, że afirmująca osoba kieruje się szlachetnymi zamiarami. Nie należy oczekiwać cudu; nie spadnie nam "biblijna" manna z nieba. Ale może okazać się, że otrzymamy propozycję lepiej płatnej pracy, podwyżki, awansu, itp. 



Kończąc, zacytuję krótkie opowiadanie "O bogaczu i o szewcu", które FLAVIO ANUSZ zamieścił w książce "Tarot - Praktyka mistrza", niech będzie ono puentą tego artykułu:

Żył sobie kiedyś biedny szewc. Biedny, ale tak szczęśliwy, że z radości śpiewał od rana do wieczora. Dzieci przychodziły ciągle pod jego okno, aby słuchać jego arii. Zaraz obok szewca mieszkał bogacz. Ten całą noc liczył swoje złoto, a rano szedł do łóżka. Nie mógł jednak spać, bo szewc śpiewał jak najęty. Pewnego dnia wpadł na pomysł, aby szewcowi zamknąć usta.
Zrobił to perfidnie: zaprosił biedaka do siebie i ofiarował mu cały worek złota. Teraz nasz szewc miał pełno zajęcia ze złotem: liczył, przeliczał po sto razy, w obawie przed złodziejami zmieniał co chwilę miejsce przechowywania, każda minuta nosiła znamię troski o złoto. Na pracę nie miał w ogóle czasu. Śpiewać też nie mógł: zbyt był przejęty otrzymanym majątkiem. Dzieci też już więcej nie przychodziły go odwiedzać.
W końcu poszedł szewc po rozum do głowy; zorientował się, że trzeba zwrócić podarunek. Wziął więc worek ze złotem i zaniósł z powrotem sąsiadowi:
- Nie chcę twego złota. Rozchorowałem się przez nie, opuścili mnie moi przyjaciele z tego powodu. chcę być znowu biednym szewcem, takim, jakim byłem przedtem!
I znowu powrócił szewc radosny i ze śpiewem do kopyta. 

ez[o]

poniedziałek, 14 października 2013

Nie tylko o kasztanach

W październiku, kiedy ludzie gnają do lasu na grzybobranie, ja w towarzystwie kolegi idę zbierać... kasztany. Powtarza się to od wielu lat. Za każdym razem zastanawiam się, zadaję sobie pytanie: dlaczego ludzie w znikomej części wykorzystują dary, jakie ofiarowuje nam Matka Ziemia. Mam na myśli nie tylko kasztany, ale także inne hojności - jeżyny, głóg, maliny, owoce róży, czy chociażby cała gama różnych ziół. Uważam, że powód jest prozaiczny - zwykłe lenistwo, bądź wygodnictwo, do czego ludzie się nie przyznają, zasłaniając się brakiem czasu.  O wiele prościej iść, a właściwie - podwieźć autem tyłek pod market, w którym uginają się półki od różnych ładnie zapakowanych "substytutów żywności". Wystarczy sięgnąć ręką po "coś", co nazywa się sokiem malinowym, "coś", co zawiera śladowe ilości malin, "coś", czego głównymi składnikami są barwniki, zagęszczacze, polepszacze, konserwanty i inne świństwa - trujące związki chemiczne. Będąc w markecie, a jakże, wypada zjeść hamburgera, czy innego kebaba, których osobiście nie jadam. Matka Natura zaprasza nas do korzystania ze swojej "spiżarni" bogatej we wszystkie witamy i mikroelementy, nie żądając od nas za to ani grosza. Zupa ze świeżo zerwanego polnego szczawiu, czy dżem z dzikiej róży smakują wyśmienicie, jest tylko jedno ale... kto je za nas zrobi? Przecież my nie mamy czasu. Ludzie na własne życzenie trują siebie i co gorsze - swoje dzieci, a musi to w przyszłości odbić się na ich zdrowiu - ciężkimi chorobami, włącznie z nowotworami.


Powracając do wspomnianych kasztanów, nieco retrospekcji. Doskonale pamiętam, kiedy w szkole podstawowej, na lekcjach, które nosiły nazwę "prace ręczne", tworzyliśmy z kasztanów różnego rodzaju "stworki" - ludziki, czy zwierzątka. Miało to dwojakie znaczenie. Wyrabiało w dzieciach (plastyczną) wyobraźnię i zdolności manualne. Ponadto bezpośredni kontakt z niezwykłym "tworzywem" - owocami kasztanowca, uzupełnianymi żołędziami, korzystnie wpływa na organizmy, poprawia wibracje, dodaje sił witalnych. Być może "gdzieś w Polsce" są jeszcze szkoły, gdzie tego rodzaju zajęcia mają miejsce. Kasztany, żołędzie poszły w zapomnienie, a ich miejsce zajęły smartfony, tablety, laptopy i inne elektroniczne gadżety, bez których młodzież nie potrafi żyć. Ktoś mądry powiedział, że każda rzecz posiada cechy czasu, kiedy powstała. Święta prawda.


Środowisko, w jakim żyjemy, z każdym rokiem jest coraz bardziej skażone. Przez kilka lat z rzędu, na Dolnym Śląsku kasztanowce były atakowane przez motyla szrotówka kasztanowcowiaczka (Cameraria ohridella), który został zwalczony, ale na jak długo - trudno powiedzieć. Być może nie jest tak źle, jak to opisuję, być może stan naszego środowiska widzę w zbyt ciemnych kolorach.

Mam swoje, stałe miejsce, gdzie zbieram kasztany. Jest to piękna stara aleja kasztanowa, nieopodal zamku Książ, z dala od spalin samochodowych, która jest częścią trasy rowerowej przebiegającej wzdłuż rzeki Pełcznica, ciągnącej się do Starego Książa (ruin starego zamku). Aleję zasadzali Niemcy mieszkający tu przed drugą wojną światową. Krajobraz przełomu Pełcznicy jest piękny, a szczególnie jesienią, kiedy drzewa przybierają różne kolory.

Aleja kasztanowa

Przełom Pełcznicy jesienią.

Zauważyłem, że przez Niemców kasztanowce były doceniane, w dużych ilościach zachowały się do dnia dzisiejszego w parkach, skwerach, a nawet na cmentarzach.  

W tym roku kasztanów było znacznie mniej niż w roku ubiegłem. Trzeba pamiętać, że Matka Natura czasem bywa kapryśna. Raz bywa niezwykle hojna - co niektórzy określają "klęską urodzaju", a innym razem skąpi nam swoich darów - każe nam zacisnąć pasa. Nieraz pogrozi niewidzialnym palcem, byśmy nie marnotrawili plonów, zmuszając nas do budowania magazynów, chłodni i silosów, by gromadzić w nich nadwyżki plonów.


Nie jestem zbyt "gadatliwy" (przynajmniej tak mi się wydaje), ale kolega, który mi towarzyszył podczas zbierania kasztanów, wdał się w rozmowę z młodymi kobietami, które z dziećmi spacerowały aleją. Były zdziwione, że my - "stare chłopy" niczym małe dzieci, zbieramy kasztany. Wiedza tych kobiet ograniczała się do tego, że z kasztanów można zrobić, wspomniane ludziki, a o walorach leczniczych kasztanów w ogóle nie słyszały - nie miały pojęcia (!). Z jednej strony jest to śmieszne, a z drugiej niepokojące. Podczas mojego krótkiego "wywodu" o dobrodziejstwach, jakich dostarczają nam kasztany, te sympatyczne, młode dziewczyny patrzyły na mnie jak na człowieka nienormalnego. Na ich twarzach widać było zdziwienie i niedowierzanie, a nawet lekko ironiczne uśmiechy, po tym, kiedy pokazałem im złożone pod drzewem, przyniesione przeze mnie wiosną z domu kasztany, które oddałem Matce Naturze. Jedna z kobiet z rozbrajającą szczerością powiedziała: "Że się panu chciało iść taki kawał drogi z kasztanami po to tylko, żeby je wysypać pod drzewem. Mnie by się nie chciało, kto by mi kazał". Rozmowę z tymi kobietami zakończyłem w sposób filozoficzno-dydaktyczny. Tłumaczyłem, że:

Spadające kasztany po pewnym czasie zamieniają się w kompost, który jest nawozem - budulcem niezbędnym do wzrostu drzewa. Jest to proces cykliczny: narodziny - śmierć - narodziny... Część zbieranych przez człowieka kasztanów jest przerabiana, ale w moim wypadku, w pewnym sensie niejako pożyczam kasztany w określonym celu i uważam, że niegodziwością byłoby wyrzucić je na śmietnik. Zanoszę tam, skąd je wziąłem. Pożyczyłem - oddaję i dziękuję. Gospodarz hoduje krowę w celu czerpania określonych korzyści. Karmi ją, ona w zamian daje mleko. Mogę to zrozumieć, ale zupełnym barbarzyństwem ze strony człowieka jest to, że z chwilą, kiedy krowa przestaje dostarczać mleka, zabija ją i... pożera (tak - pożera!). Zastrzegam, że nie jestem wegetarianinem, ale uważam, że człowiek jest stworzeniem bezwzględnym, często bezdusznym.  

Nie wiem, czy z naszego dialogu, który w pewnym momencie zamienił w monolog, moje rozmówczynie wyciągnęły jakieś wnioski. Być może - tak.


Zebrane kasztany trafiły na swoje miejsce. Część znalazła się wersalce, w pojemniku na bieliznę, część trafiła na szafy, a pozostałe leżą obok komputera. Wraz z nastaniem wiosny zbiorę je i... odniosę z powrotem tam, skąd je wziąłem. Nietrudno domyśleć się, że zgromadzone kasztany służą, jako najprostszy odpromiennik żył wodnych, których w moim mieszkaniu nie brakuje. Ponadto zwiększają moc sił witalnych, poprawiając tym samym samopoczucie domowników nie wyłączając najważniejszego z nich - Heliosa. Kasztany przez cały czas wchłaniają, magazynują w sobie negatywne energie, dlatego bezwzględnie po pewnym czasie trzeba je usunąć z mieszkania. Usunąć, nie znaczy wyrzucić je do kosza na śmieci. Jeśli ktoś uważa inaczej, to jest  jego problem.  


Na zakończenie chcę jedynie przypomnieć, że kora kasztanowca, jego kwiaty i owoce były wykorzystywane w medycynie ludowej, w przemyśle farmaceutycznym, chemicznym. Są składnikiem leków homeopatycznych, które są niedoceniane, a w środowiskach lekarskich powszechnie ignorowane, z czym się absolutnie nie zgadzam. Kasztany są używane do produkcji kosmetyków - kremów i szamponów.

Pamiętam, że moja babcia z kasztanów i oczyszczanej nafty robiła miksturę, która służyła do wcierania "w rwące ręce i nogi" - jak to określała. Dzisiaj wystarczy wejść do apteki, by wyjść z reklamówką pełną różnych maści, żeli i innych specyfików przeciwbólowych, przeciwzapalnych. W tym miejscu należy zadać sobie pytanie: "Czy nie warto byłoby spróbować starych, sprawdzonych ludowych metod leczenia?" Myślę, że warto, ale... jest jeden drobny problem. Kto by nam sporządzał te mikstury, ponieważ my nie mamy na to czasu?   


ez[o] 

poniedziałek, 23 września 2013

Hipnoterapia i autohipnoza

Hipnoza [gr. ýpnos, w wolnym znaczeniu sen] - specyficzny stan psychiczny charakteryzujący się zwiększoną podatnością na sugestię.
Podatność na hipnozę jest nieodłącznie związana z podatnością na sugestię, którą można mierzyć standfordzkim testem podatności na sugestię. Podatność ta wydaje się być niezmienna w ciągu całego życia i prawdopodobnie jest w jakimś stopniu dziedziczna. Około 25% ludzi charakteryzuje się dużą podatnością, natomiast około 20% jest niepodatna na sugestię, a więc niepodatna także na hipnozę. 95% badanych uzyskuje przynajmniej jeden punkt w dwunastostopniowej, standfordzkiej skali podatności.
Doświadczenia nad hipnozą pokazują, że nie jest ona związana z żadnym szczególnym stanem, częstotliwość pracy mózgu osób zahipnotyzowanych nie równi się od częstotliwości pracy mózgu osób świadomych, poza wyjątkowymi sytuacjami, gdy hipnotyzer sugeruje osobie hipnotyzowanej, aby się zrelaksowała. Podczas hipnozy człowiek nie ma żadnych umiejętności i możliwości, których nie posiadałby w stanie pełnej świadomości, jeśli byłby odpowiednio zmotywowany. Mimo to hipnoza jest wykorzystywana w psychologii klinicznej i hipnoterapii, miedzy innymi, jako jedna z metod diagnozowania i leczenia zaburzeń nerwicowych, zaburzeń lękowych, przy zmniejszaniu bólu oraz w terapii niektórych uzależnień.
[Wikipedia]

Te dość szczegółowe objaśnienie hasła "hipnoza" zaczerpnięte z Wikipedii zawiera sprzeczności oraz określenia, które powoli wychodzą z użycia. W pełni zgadzam się ze stwierdzeniem, że podatność na hipnozę jest uzależniona od podatności na sugestię. Nie znaczy to, że osoby "odporne" na sugestię nie są w stanie korzystać z hipnoterapii i autohipnozy, jako metod dobroczynnego transu, które wspomagają proces leczenia różnych chorób, poprawiając tym samym komfort życia. Oczywiście, osoby te muszą poświęcić więcej czasu, by osiągnąć cel zgodnie z powiedzeniem: "siła woli czyni cuda". Osoby, które, na co dzień medytują, mają ułatwione zadanie, ponieważ niektóre elementy stosowane podczas autohipnozy są zbliżone do elementów wykorzystywanych podczas medytacji.

Wiem, że niektórzy ludzie, a być może nawet większość, jest sceptycznie nastawiona do hipnozy. Źródeł takiego stanu rzeczy jest wiele, a problem jest złożony. Kościół katolicki potępia stosowanie hipnozy (i nie tylko), uznając ją za "dzieło szatana". Temat hipnozy pojawiał się w książkach kryminalnych, gdzie autorzy przedstawiali straszne oblicze hipnotyzera, który manipulował swoimi ofiarami, popychając je do dokonania strasznych zbrodni podczas seansu hipnotycznego. Hipnotyzer w tym wypadku był uosobieniem zła i zniewolenia człowieka. Myślę, że bezpowrotnie minął czas, kiedy na arenach cyrkowych, czy estradach prowincjonalnych teatrzyków, hipnotyzerzy "zabawiali" widzów swoimi "sztuczkami", które nie miały nic wspólnego z prawdziwą hipnozą, która nie powinna być wykorzystywana do celów kuglarskich, jako tania i prymitywna rozrywka. Niestety, ale złe nawyki przeniosły się do Internetu, gdzie nie brakuje ogłoszeń osób, podających się za psychoterapeutów i innych specjalistów od "uzdrawiania ciała i duszy", a w rzeczywistości są zwykłymi oszustami, naciągaczami, by nie powiedzieć szarlatanami, którzy szukają łatwych pieniędzy, wykorzystując naiwność ludzi, którzy chorując szukają przysłowiowej "ostatniej deski ratunku". Z całym szacunkiem odnoszę się do specjalistów, którzy w swoich gabinetach udzielają pomocy, a ich profesjonalizm jest poparty tytułami naukowymi i długoletnią praktyką zawodową.  


Hipnoza podobnie jak większość niekonwencjonalnych metod leczenia, swoimi korzeniami sięga zamierzchłych czasów. Źródła historyczne wskazują, że już Sumerowie stosowali hipnozę i tzw. "lecznicze sny". Była stosowana także w niektórych rejonach starożytnego Egiptu, co uczeni odczytali z hieroglifów. Wysocy rangą kapłanie używali hipnozy do leczenia niektórych chorób, do nawiązywania kontaktu z bogami oraz przepowiadania przyszłości. Podobnie w starożytnej Grecji wyznawcy Eskulapa wykorzystywali hipnozę w celu leczenia paraliżu, ślepoty i chorób skóry. Hinduskie teksty sprzed trzech tysięcy lat, pisane sanskrytem zawierają dokładne opisy stosowania hipnozy. Hipnoza ma także wielkie znaczenie w religii voodoo. Opisy te często pokrywają się z nowoczesnymi technikami hipnotycznymi, jakie obecnie stosują terapeuci.  Wielkie znaczenie dla rozwoju hipnozy w XX wieku miała praca psychiatry Zygmunta Freuda. Uważał on, że przy pomocy hipnozy nie można naprawdę niczego zmienić, a jedynie na pewien czas ukryć symptomy, a sam pracował przecież zgodnie z tą zasadą. Kończąc ten wątek historyczny, można śmiało stwierdzić, że od niepamiętnych czasów hipnoza wykorzystywana była, jako metoda leczenia ciała i duszy i była zarezerwowana dla kapłanów, szamanów, znachorów, czarownic i wyroczni.

Pogoń za pieniądzem zabija we współczesnym człowieku radość życia, powoduje stres, nerwice, czy popadanie w alkoholizm, z którymi on przestaje sobie radzić. Między innymi, dlatego coraz więcej ludzi odwiedza psychoterapeutyczne gabinety, oczekując w nich wsparcia i pomocy specjalistów. Jedną z metod leczenia tego rodzaju zaburzeń są seanse hipnotyczne. W hipnoterapii wykorzystywane są kreatywne możliwości człowieka przy pomocy, wsparciu (podkreślam: wsparciu) terapeuty.

Nim pacjent zdecyduje się na leczenie, w pierwszej kolejności powinien zastanowić się, czy naprawdę tego chce. Są osoby, które grają rolę cierpiętników, oczekują współczucia od otoczenia, chociaż jawnie deklarują chęć leczenia. W rzeczywistości choroba jest ich "stylem życia", którym zarażają innych.  Kiedy pacjent znajdzie się w gabinecie, powinien w pełni zaufać terapeucie, a tym samym "otworzyć się" i wyrzucić z siebie wszystkie bolączki, problemy, z którymi się boryka. Od tego w dużej mierze zależy sukces terapii. Przeważnie leczenie nie kończy się na jednej wizycie - dlatego wymagana jest od pacjenta odrobina cierpliwości. Zdarzają się terapie długoterminowe, trwające nawet kilka miesięcy. Nie muszę przypominać, że nowoczesne gabinety w niczym nie przypominają typowych gabinetów lekarskich, jakie zwykliśmy odwiedzać w przychodniach. Pacjent czuje się w nich komfortowo, niczym we własnym mieszkaniu.


Fragment książki dra Wolfganga Blohma   HIPNOTERAPIA I AUTOHIPNOZA

Stan hipnotyczny wpływa bardzo pozytywnie na wiele funkcji organizmu i przemianę materii, a wpływ ten utrzymuje się jeszcze długo po zakończeniu transu. Nic nie jest tak zdrowe jak stan hipnotyczny!

Układ krwionośny stabilizuje się i uspokaja. Liczba uderzeń serca na minutę maleje, co wiąże się także z mniejszym zapotrzebowaniem na tlen. Spada ciśnienie krwi, co można wykorzystać przy terapii osób z nadciśnieniem, także podczas autohipnozy. Polepsza się ukrwienie tych części ciała, do których krew doprowadzana jest przez naczynia włosowate, ponieważ te w czasie transu rozszerzają się. Tkanki otrzymują więcej tlenu, a komórki mogą lepiej oddychać; W płucach rozluźniają się mięśnie gładkie, dzięki czemu oddech staje się głębszy. Oddech staje się wolniejszy i bardziej intensywny, zmniejsza się ilość energii niezbędnej do oddychania, a zwiększa przyswajanie tlenu w płucach. Nasila się wpływ transu na układ krwionośny, a ciało łatwiej pobiera energię;  Przemiana materii przestawia się na stan odpoczynku, co prowadzi do mniejszego zużycia energii, łatwiejszego wydalania ubocznych produktów przemiany materii zapewnia odpoczynek komórkom;  Wyraźnie zmienia się skład krwi. Zmniejsza się zdolność do powstawania zakrzepów. Białe ciałka krwi - część systemu obronnego organizmu, mogą szybciej znaleźć się w miejscu, gdzie powstać może stan zapalny; Spada poziom hormonów stresu w osoczu. Produkcja i uwalnianie kortyzolu i adrenaliny zarówno w czasie transu jak i dłuższy czas po jego zakończeniu znajduje się na bardzo niskim poziomie. Dzięki temu ciało może jeszcze bardziej intensywnie odpoczywać; W czasie hipnozy wzmocnieniu ulega układ odpornościowy, czyli siły obronne organizmu. Nasila się aktywność niektórych komórek obronnych, hormony i inne substancje działają bardziej wydajnie w celu zniszczenia lub zmniejszenia zarazków, komórek rakowych lub skutków stresu;  Wszystkie mięśnie rozluźniają się, są lepiej zaopatrywane w krew, w ten sposób nabierają one większej mocy;  Stawy mogą odpocząć, znikają nawet bolesne napięcia mięśni i skurcze;  Nacisk wywierany na kręgosłup maleje;  Klatka piersiowa rozszerza się, wyraźnie powiększa się przestrzeń zajmowana przez płuca.


Dr Wolfgang Blohm w trzeciej części HIPNOTERAPII I AUTOHIPNOZY opisuje szereg chorób i sposoby ich leczenia za pomocą hipnoterapii:

Neurodermitis -męczące symptomy;
Depresja - samotność życia;
Strach - ukryte niebezpieczeństwo;
Migrena - bolesne napięcia;
Anoreksja - kontrolowane omdlenia;  
Tinnitus - źródło ciągłego niepokoju;
Syndrom wypalenia (burn-out syndrome) - strajk ciała i duszy.


AUTOHIPNOZA  

Autohipnoza, jako samodzielna metoda hipnotyczna, jest wykonywana i osiągana samodzielnie w stanie umysłu Alfa. Autohipnoza jest przedmiotem badań hipnologii. Autohipnotyzer samodzielnie osiąga stan hipnotyczny i sam się sugestywnie prowadzi w transie hipnotycznym, po czym samodzielnie doprowadza się do stanu świadomości (może to odbywać się za pomocą uprzednio nagranego na nośnik własnego głosu według odpowiedniego stenogramu, który poprowadzi zgodnie z kanonem hipnotycznym).
Autohipnoza występuje wtedy i tylko wtedy, gdy hipnotyzowany wprowadza się samodzielnie w trans bez sugestii innej osoby. W sytuacji, gdy hipnotyzowany wprowadzony zostaje w trans w wyniku odtwarzania taśmy z głosem hipnotyzera, to właściwie mamy do czynienia z hipnozą pośrednią, a nie autohipnozą.
Autohipnoza bardzo często występuje samoistnie, a kontrolowanie jej przebiegu jest bardzo trudne i wymaga ćwiczeń. Jest to prawie tak trudne jak kontrolowanie własnych snów. Autohipnoza może pojawiać się samoistnie np. popadanie w trans hipnotyczny w czasie biegów długodystansowych, rejsów lotniczych czy rajdów samochodowych.
W autohipnozie niektóre zjawiska hipnotyczne są nieosiągalne np. halucynacje. Nieosiągalne są afirmacje (sugestie), które mają prowadzić do zmiany osobistego rozwoju, brak również tu zjawiska znanego z hipnozy estradowej - mostu kataleptycznego.
Sytuacje, w jakich autohipnoza występuje samoistnie, podpowiadają, jakich naturalnych sposobów należy się chwytać, aby je wywołać. Należy, więc połączyć monotonne bodźce z wpatrywaniem się w jakiś przedmiot w celu wywołania fiksacji wzroku.
[Wikipedia]


Autohipnoza, czyli samodzielne zaprogramowanie własnej podświadomości jest bliska autosugestii. Wiemy z wcześniejszych informacji, że nie wszyscy jesteśmy jednakowo podatni na autosugestię, co może niektórym osobom (mniej podatnym) sprawić pewne problemy w praktykowaniu autohipnozy. Znam to z autopsji. W myśl powiedzenia: "trening czyni mistrza", warto podjąć próbę, wszak niczym nie ryzykujemy. Być może pierwsze próby zakończą się niepowodzeniem, ale mamy wiele czasu, próbować, próbować aż, za którym razem osiągniemy sukces. Dzięki autohipnozie możemy pozbyć się nałogów, nadwagi, złych przyzwyczajeń, lęków, przezwyciężyć bezsenność, złagodzić ból i skutki różnych zdrowotnych dolegliwości. Dodatkową zaletą autohipnozy jest poprawa samopoczucia, uczucie odprężenia po długim wyczerpującym dniu.

Z doświadczenia wiadomo, że najlepsze efekty osiąga się ćwicząc autohipnozę przez dziesięć do trzydziestu minut.

W zasadzie każdy człowiek może stosować autohipnozę, z jednym wyjątkiem, o którym czytałem w różnych książkach, a dotyczy on osób, które praktykują ćwiczenia jogi. Doktor Wolfgang Blohm wręcz przestrzega joginów, by nie łączyli swoich ćwiczeń z autohipnozą.


WYBÓR MIEJSCA DO AUTOHIPNOZY

O ile zwykłą medytację możemy przeprowadzać w bardzo różnych miejscach (nawet w czasie spaceru), o tyle najbardziej odpowiednim miejscem praktykowania autohipnozy jest mieszkanie. Idealnym miejscem do przeprowadzenia autohipnozy jest "łono przyrody" - ostęp leśny, brzeg jeziora, szczyt górski, ukwiecona łąka. Ale takich miejsc u nas jest jak na przysłowiowe lekarstwo.  Tak na marginesie dodam, ze próbowałem autohipnozy pod Ślężą, która jest tzw. "górą mocy". Jak nietrudno się domyśleć, próba zakończyła sie niepowodzeniem. Na przeszkodzie stanęła grupa głośno zachowującej się młodzieży!  

Samoistnie powstała autohipnoza (tekst powyżej w ramce), moim zdaniem, może być czasami niebezpieczna. Oto przykład.   

Kilka lat temu mój znajomy, który ezoteryką zajmuje się od wielu, opowiedział mi zdarzenie, które mógłby ktoś uznać za absurd. Wyjechał samochodem ciężarowym do Opola. Kiedy dotarł na miejsce, stwierdził, że nic nie pamięta, żadnych szczegółów, jak przebiegała jazda na trasie dwustu kilometrów. Innym razem, oglądałem w TV wywiad z maratończykiem, który zapytany przez dziennikarza o przebieg trasy, przyznał, że pamięta pierwsze kilka kilometrów po starcie i linię mety.


Mieszając w budynku wielorodzinnym (w miejskim molochu) stosowanie autohipnozy sprawia pewne problemy, przynajmniej początkowo. Dobiegające odgłosy z zewnątrz rozpraszają uwagę, nie powalają się skupić, a tym samym doprowadzić do transu. W takim wypadku najbardziej optymalną porą (w moim wypadku) jest późny wieczór lub noc. Panuje wtedy prawie idealna cisza i spokój. Mistrzowie duchowi Wschodu zalecają swoim uczniom, by wszelkiego rodzaju medytacje odbywali nad ranem, kiedy organizm jest wypoczęty, ciało rozluźnione i pusty żołądek. 

Ważne jest przyjęcie odpowiedniej pozycji podczas medytacji/autohipnozy. Mamy do wyboru pozycję siedzącą lub leżącą. Którą wybrać? Obydwie mają zalety i wady. Osobiście wolę drugą pozycję - leżącą, chociaż istnieje pewne ryzyko, że podczas transu... uśniemy. (!)


OGÓLNE UWAGI

1. Powinniśmy pamiętać, by mieć na sobie wygodne ubranie (niekrępujące ruchów) a zarazem przewiewne.    2. Pomieszczenie powinniśmy przygotować w taki sposób, żeby czuć się w nim bezpiecznie.    3. Oczywiście na czas trwania a/h (autohipnozy) wyłączamy telefon i inne urządzenie, które mogłyby ją zakłócić. Nie możemy wykluczyć, że podczas transu niespodziewanie ktoś zapuka do naszych drzwi. Jest odpowiednia zabezpieczająca formułka, którą można wcześniej wygłosić.     4. W celu pobudzenia zmysłów można zapalić odpowiednio dobrane kadzidełko, dopasować jasność oświetlenia, bądź je całkowicie wyłączyć.     5. Ważną rolę odgrywa muzyka. Są w sprzedaży płyty z muzyką relaksacyjną, które idealnie pasują zarówno do medytacji, jak i do autohipnozy. Dobór muzyki zależy od naszych upodobań.


To, co do tej pory napisałem o hipnoterapii i autohipnozie miało na celu przybliżyć, w sposób bardzo ogólny metody samouzdrawiania ciała a przede wszystkim duszy. Hipnoza wykorzystuje naturalne, duchowe i fizyczne siły lecznicze. Olbrzymie pokłady energii, jakie w nas drzemią, powinniśmy obudzić i wykorzystać przynajmniej w pewnej części. Większość naszych problemów ma swój początek w mózgu, a dokładniej w lewej "nieświadomej" półkuli. Niestety, jesteśmy ignorantami, jeśli chodzi o nasze zdrowie, które powinniśmy chronić w sposób szczególny.

Każdy seans terapeutyczny, przebiega w ściśle z góry określony sposób. Wymaga to przygotowania odpowiednich sugestii - słów wygłaszanych w czasie seansu terapeutycznego. Często używa się dodatkowych elementów, przedmiotów, które mają pomóc w leczeniu. Przykładowo, jeśli ktoś chce uwolnić się od nałogu palenia, można w trakcie seansu zapalić papierosa, którego dym ma na pacjenta zadziałać odpychająco, przy użyciu odpowiednich sugestii. Być może, zwykła morska muszelka, czy inny ulubiony przedmiot trzymany w ręku podczas transu, może być kluczem do rozwiązania problemu.

Rozmawiając z kolegą psychoterapeutą, opowiedział mi ciekawą historię młodego mężczyzny, który był jego pacjentem. Chłopak ten miał problem z potencją seksualną, ale tylko w sytuacji, kiedy miało dojść do zbliżenia w łóżku. W każdym innym miejscu nie miał najmniejszych problemów. Po szczerej rozmowie okazało się, że wcześniej został ośmieszony, sponiewierany psychicznie przez pijaną kobietę, która mówiąc najdelikatniej "zabrudziła" łóżko, na którym wówczas przebywali. 


W mojej "ezoterycznej" bibliotece mam jedną, ale niezwykle wartościową książkę traktującą o hipnozie, którą wcześniej przywoływałem w tym artykule - "HIPNOTERAPIA I AUTOHIPNOZA".  Na okładce książki, o autorze czytamy: "Dr Wolfgang Blohn, urodzony w 1949 roku założył pierwszą w Niemczech klinikę hipnoterapeutyczną w Wyk na wyspie Foehr. Dotychczas przeprowadził około 20 tysięcy sesji hipnoterapeutycznych. Prowadzi seminaria i treningi dla przemysłu farmaceutycznego, naukowo współpracuje z Uniwersytetem w Tubingen". Myślę, że nie zostanę posądzony o kryptoreklamę. Chcę tą książkę zarekomendować, zachęcić do jej kupienia, jako wartościowej lektury dla tych wszystkich, którzy są otwarci na niekonwencjonalne metody leczenia, przed którymi bronią się rękoma i nogami szeroko pojęte środowiska lekarskie.

Kontynuując ten wątek dodam, że drugą część książki autor poświęcił autohipnozie. Zupełnym novum, przynajmniej dla mnie są tzw. pokoje transu. Nie są to fizyczne pomieszczenia, a jedynie mentalnie stworzone pokoje, których jest siedem. Każdy z nas może stać się architektem, projektantem ich wnętrz, wszak nie kto inny, lecz tylko my będziemy z nich korzystali, będziemy spotykali się w nich ze swoją podświadomością, będziemy podejmowali w nich ważne, podczas transu hipnotycznego kluczowe decyzje dotyczące naszego zdrowia i życia. Do medytacji wystarczyło mi refugum - miejsce azylu i spokoju, jakie sobie mentalnie stworzyłem, natomiast w wypadku autosugestii są to pokoje: spokoju, siły, kreatywności, pytań, rozwiązań, zdrowia i pożegnań. Już same nazwy wiele mówią.

Autor książki nie pozostawia nas samym sobie, na przysłowiową "pastę losy", daje konkretne wskazówki, niemal instrukcje, jak za pomocą autohipnozy, co najmniej złagodzić skutki najczęściej dotykających nas chorób, bądź się z nich wyleczyć, a są nimi: stres, bóle głowy, alergie, zaburzenia snu, depresje, strach, nadwaga i palenie.


Każdy z nas, jako wolny człowiek, w kwestii własnego zdrowia, 
ma prawo wyboru między farmakologią a sprawdzonymi tysiące lat temu,
naturalnymi metodami leczenia nie tylko ciała, ale także i duszy.


ez[o]