niedziela, 12 sierpnia 2012

Idee olimpijskie?


Cytius,  AltiusFortius.
Oficjalne motto Igrzysk olimpijskich. 


Dziś w Londynie kończą się jubileuszowe – XXX Letnie Igrzyska Olimpijskie. Wreszcie zacznę normalnie funkcjonować, wrócę do normalnego rytmu dnia, który sam zakłóciłem śledząc transmisje sportowe z Londynu. Nie jestem fanatycznym kibicem, ale co cztery lata oglądam to największe sportowe widowisko. W moim dość długim życiu byłem świadkiem wielu olimpiad, mniej lub bardziej udanych dla polskich sportowców, pamiętam także bojkot olimpiady w dawnym ZSRR (w Moskwie) a także masakrę w Monachium w 1972 roku. Równolegle z walkami na matach, na ringu, czy bieżni, jesteśmy świadkami wydarzeń pozasportowych, które możemy obserwować na żywo dzięki wynalazkowi XX wieku – TV. Kamery i mikrofony to wielka oręż w rękach dziennikarzy, którzy nie pozwolą, żeby jakieś wydarzenia umknęło ich uwadze, natychmiast przekazują je „w świat”. I bardzo dobrze. 

Być może mylę się, ale uważam, że twórca, pomysłodawca nowożytnych Igrzysk Olimpijskich – francuski baron Pierre de Coubertin nie przypuszczał, że jego idee olimpizmu w XXI wieku ulegną częściowej degradacji, stracą na wartości a ich blask nieco przygaśnie. Uważał On, że sport ma zbliżać narody i wychowywać młodzież w duchu pokoju, czego symbolem jest pięć kół na fladze olimpijskiej, którą zresztą sam zaprojektował. Wiem, że Świat (nasz glob) jest w ciągłym rozwoju, jako część całości – Kosmosu. Wiem, że sport ulega ciągłej komercjalizacji – podlega prawom rynkowym, co wzbudza mój niepokój, co do jego dalszej przyszłości. Oczywiście nie mam zamiaru przeciwstawiać się zachodzącym zmianom, ponieważ byłaby to przysłowiowa „walka z wiatrakami”. Kiedy zgaśnie znicz olimpijski, przez pewien czas tzw. środki masowego przekazu będą podsumowywały Olimpiadę – dziennikarze będą krytykowali organizatorów, sportowców, będą wytykali niedociągnięcia organizacyjne itp. kwestie. Po kilku dniach cały ten szum medialny umilknie i wszystko „wróci do normy”, co oznacza, że za kolejne cztery lata będziemy świadkami biadolenia o skostniałych strukturach władz MKOl’u, które nic nie robią by zreformować się i kontynuować szlachetne dzieło francuskiego barona, pana Pierra de Coubertin’a. Niżej przedstawię swoje (budzące niepokój) refleksje związane z kończącymi się Igrzyskami Olimpijskimi w Londynie.

Wiem, że kontuzje w sporcie zdarzają się często i nie sposób ich uniknąć, ponieważ organizm zawodniczek i zawodników pracuje „na maksa”, co w terminologii technicznej określa się jako zmęczenie materiału. Widać gołym okiem, że w Londynie ilość kontuzji jest znacznie większa niż na dotychczasowych olimpiadach. Wydaje mi się, że część zawodników przyjechała z nie do końca wyleczonymi urazami, które podczas startu odnawiają się, czego smutną konsekwencją jest eliminacja sportowca z dalszej rywalizacji. Podczas biegów eliminacyjnych na 110 metrów przez płotki, przewróciło się aż trzech zawodników, w tym Polak, który nie dobiegł nawet do pierwszego płotka. Skandal. Należałoby lekarzom i trenerom zadać pytanie: Dlaczego wysyłają na olimpiadę niesprawnych zawodników i czy liczą na to że stanie się cud? Cuda się zdarzają, ale w sporcie raczej rzadko.  Hasło – sport to zdrowie, należałoby zmienić na – trzeba mieć zdrowie by uprawiać sport


Sędziowanie pozostawia wiele do życzenia. Każdy człowiek jest omylny, może popełnić błąd – zrozumiałe, ale nie znajduję usprawiedliwienia w sytuacji, kiedy czterech sędziów interpretuje różnie jedno wydarzenie. Środki techniczne, a ściślej elektroniczne miały wyeliminować ewentualne pomyłki sędziów, ale okazuje się, że często są one przeszkodą dla zawodników i sędziów.  Na planszach szermierczych zawodnicy są obwieszeni lampkami, kablami, a mimo tego sędziowie kłócą się między sobą, nie mogą znaleźć wspólnego języka, czy trafienie zostało zadane prawidłowo, czy nie. Skandalicznie zachowali się sędziowie podczas walki na szpady między Niemką a Koreanką Shin A Lam, którą „pozbawili” medalu. Koreanka nie mogła pogodzić się z „werdyktem” pseudo-sędziów i przez godzinę zrozpaczona siedziała na szermierczej planszy. Piątkowy konkurs rzutu młotem kobiet, prasa określa mianem „kontrowersyjny”, a to za sprawą „pomyłki sędziowskiej”. Arbitrzy uznali za spalony rzut w czwartej serii Niemki Betty Heidler, co klasyfikowało ją na ósmym miejscu. Ekipa niemiecka wniosła protest i „po targach” z sędziami Heidler wróciła na trzecie medalowe miejsce. Każdego olimpijskiego dnia podobnych „kwiatów” jest bardzo dużo. Oczywiście „ofiarami” sędziowskich „pomyłek” stali się także polscy sportowcy, którzy wrócą do kraju zawiedzeni. W tym akapicie użyłem cudzysłowu wiele razy, co znaczy, że odnoszę się z pewnego rodzaju sarkazmem do sędziowania w Londynie. Wyrządzona krzywda najprawdopodobniej pozostawi w sercu zawodnika niezagojoną ranę do końca życia. I gdzie tu ideały olimpizmu wypracowane przez francuskiego barona? Sędziowie podobnie jak sportowcy składają ślubowanie, które jest przez nich łamane na każdym kroku. Co na to władze MKOl’u?  Ano, nic! Najprawdopodobniej sędziami są tzw. „swoi ludzie”. 

Migracja ludzi jest rzeczą naturalną, w sytuacji, kiedy bez przeszkód możemy przemieszczać się niemal po całym Globie, z małymi wyjątkami. Mam tu na myśli Polaków, których obowiązują wizy do Stanów Zjednoczonych, do kraju naszego „wielkiego sojusznika”. Migracja, najczęściej wiąże się ze zmianą obywatelstwa, które stawia przybysza na równych prawach z rdzennymi obywatelami danego kraju, w tym także do prawa reprezentowania na imprezach sportowych rangi mistrzostw świata, czy omawianych Igrzysk Olimpijskich. Po raz kolejny, jestem zmuszony użyć określenia – „niestety”, ponieważ nasila się coraz bardziej pewne zjawisko, które jest wytrychem, który otwiera bramę do reprezentowania cudzoziemców-sportowców w barwach innego kraju. Mechanizm jest prosty, a zarazem nieetyczny. Państwa bogate „kupują” dobrych sportowców z krajów biedniejszych, nadają im obywatelstwo, a ci zakładają dresy z godłami swoich „chlebodawców”. Chińczycy mają świetnych pingpongistów, co sprawia, że na olimpiadzie reprezentują oni różne kraje, w tym Polskę Podobnie sprawa wygląda, jeśli chodzi o biegaczy z Kenii czy Etiopii, którzy „dla chleba” biegają w barwach innych państw. Takich przykładów jest znacznie więcej, mam na myśli ciężarowców, czy zapaśników, którzy wywodzą się głównie z azjatyckiej części byłego ZSRR. Zadaję pytanie: Czy jest to zgodne z duchem olimpijskim – szlachetną sportową rywalizacją między narodami?  Odpowiedź jest banalnie prosta, jak postawione pytanie. 




Na temat startu Polaków na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie nie będę się rozpisywał, ponieważ każdy z nas ma swoje wyrobione zdanie na ten temat. Jak zwykle, faworyci zawiedli. Wymachiwanie szabelką to nasza narodowa specjalność, czego dowodem jest występ polskich siatkarzy, którzy widzieli siebie na najwyższym podium ze złotymi medalami na piersi, podobnie jak pani Jędrzejczak, która usiłowała pogodzić pływanie i udział w telewizyjnym show. Przegrana na olimpiadzie – porażka, powinna stać się lekcją pokory, z której należy wyciągnąć wnioski na przyszłość. Oby. 

Należy podziękować naszym, polskim medalistom a także przegranym – pechowcom i ofiarom sędziowskich „pomyłek”.  Medaliści są witani z fanfarami, w blasku fleszy i kamer. Mogą także liczyć na śniadanko z panem premierem, gdzie czują się skrępowani, w odróżnieniu od gospodarza, który w ten sposób poprawia swoje notowania - rosną mu "słupki". Widziałem w telewizorze powracającą z Londynu panią Anię Rogowską, naszą tyczkarkę, tym razem wielką przegraną Na Okęciu, ta drobna kobieta męczyła się ze swoim ekwipunkiem – torbami i tyczkami, które spadały jej z wózka. Nie była rozpoznawana przez obecnych tam ludzi. Jestem pewien, że jako medalistka, mogłaby być spokojna o swój bagaż, a być może Ją samą ludzie by nieśli na rękach.

Wielkie wzruszenie na twarzach „silnych facetów” Adriana Zielińskiego i Damiana Janikowskiego, naszych medalistów, udzieliło się także i mnie. Niebywałe wrażenie zrobiła na mnie pani Zofia Noceti-Klepacka, która zdobyła brąz w windsurfingu. Jeszcze przed wyjazdem do Londynu, powiedziała, że jeśli zdobędzie medal olimpijski to zlicytuje go, a uzyskane pieniądze przekaże na leczenie Zuzi, małej dziewczynki, która choruje, na mukowiscydozę. Piękny, szlachetny gest naszej medalistki. Pani Zosia nosi przy sobie zdjęcie chorej dziewczynki. 



Nie wszyscy oglądający Igrzyska Olimpijskie zauważyli (przynajmniej moi znajomi), że dominującym na arenach sportowych kolorem jest fiolet. Znaczna część tzw. infrastruktury – parasole, napisy, niektóre urządzenia stadionowe a także medalowe szarfy, są właśnie w tym kolorze. Mam nadzieję, że projektanci tego wielkiego sportowego przedsięwzięcia, jakim są Igrzyska Olimpijskie, wybrali kolor fioletowy, kierując się nie tylko względami marketingowymi. Fiolet jest kolorem rzadko używanym, na co dzień, a dlaczego tak jest? Coś na ten temat mogą powiedzieć ludzie zajmujący się chromoterapią. Ostatni akapit tego posta okazał się trochę ezoteryczny. Tak wyszło.


Ez[o] 

Zdjęcia pochodzą z olimpijskich serwisów informacyjnych zamieszczanych w Internecie.

sobota, 28 lipca 2012

Castle Party w Bolkowie


Każdego roku, nieprzerwanie od 1997 roku, pod koniec lipca w Bolkowie odbywa się festiwal Castle Party, którego pierwsze cztery edycje odbyły się na zamku Grodziec. Jest to impreza szczególna, podobnie jak miejsce gdzie się ona odbywa. Być może do tej pory nie wiedziałbym o tym festiwalu, ale zbiegiem okoliczności, kilka lat temu znalazłem się (przejazdem) na rowerze w Bolkowie, w czasie, kiedy się on się odbywał. Zobaczyłem po raz pierwszy tak dużo młodych ludzi ubranych w przeróżne, na co dzień niespotykane czarne stroje. Kobiety miały ostry, rzucający się w oczy makijaż, który – wyznam szczerze – bardzo mnie zafascynował. Od tamtej pory, o ile czas mi na to pozwala, staram się „zaglądać” do Bolkowa w czasie trwania Festiwalu. 

Kilka zdań o samym mieście. Bolków jest miasteczkiem, które liczy niewiele ponad pięć tysięcy mieszkańców, leży na trasie ze Strzegomia do Jeleniej Góry. Atrakcją miasteczka jest zbudowany w XIII wieku zamek, na którym odbywa się Castle Party. Rynek w Bolkowie jest usytuowany na zboczu góry, podobnie jak większość jego wąskich uliczek, co daje możliwość obserwacji miasta z różnej perspektywy. Nad miastem góruje, wspomniany zamek, z którego dziedzińca widoczna jest panorama Gór Kaczawskich. 


Zdjęcia Bolkowa, które wykonałem 28 lipca (piątek) w czasie trwania Castle Party.

                                         Rynek w Bolkowie. 

                                          W głębi Rynek i ratusz. 

                                         Nie sposób zagubić się. 

                                          Oferta zakwaterowania ważna w czasie Festiwalu. 

                                          Uliczka prowadząca do zamku.  


O samym festiwalu Castle Party nie będę się rozpisywał, ponieważ moja wiedza na jego temat jest niezwykle uboga. Mogę jedynie stwierdzić, że mieszkańcy Bolkowa przyzwyczaili się do obecności kilku tysięcy młodych ludzi, którzy tworzą niezwykły klimat, nastrój specyficznego święta, którym żyje miasteczko. Byłbym gotowy stać się jednym z uczestników tego Festiwalu, chociaż zespoły biorące w nim udział prezentują gatunki muzyki, które mi nie „leżą”,  jest jedno, ale… przeszkodą dla mnie jest zbyt wysoka cena biletów wstępu na koncerty. Festiwal nie jest zbyt szeroko nagłaśniany przez tzw. środki przekazu. Wydaje mi się, że uczestnicy Castle Party stanowią dobrze rozumiejącą się coraz liczniejszą grupę, którzy kochają swój gatunek muzyki i chęć pokazania się w strojach „niekonwencjonalnych”. Są to, przeważnie młodzi ludzie, otwarci, niezwykle sympatyczni, o czym miałem możliwość przekonać się wiele razy. 


                                         Wejście do zamku z widocznym logo Castle Party.

                                         Turysta z Niemiec, który rowerem przyjechał na Festiwal.
                                         Powiedział mi, że pokonał 650 kilometrów. 


Poniżej kilka zdjęć uczestników tegorocznego Festiwalu Castle Party


W lokalnej, darmowej gazetce – „30 Minut”, ukazującej się w Wałbrzychu, o Castle Party przeczytałem (cytuję): 

„Tysiące fanów mrocznej muzyki z różnych stron świata zjeżdżają się do Bolkowa gdzie od czwartku do niedzieli trwa kolejna edycja Castle Party. To impreza, która ściąga gości z całego świata:  Polski, Niemiec, Czech, Rosji czy Anglii. Na kilka dni zamek i rynek przejmują miłośnicy mrocznej muzyki. Ubrani na czarno, w łańcuchach czy kolcach wzbudzają strach u jednych i fascynację u drugich”. 

Uważam, że autor tych słów mija się z prawdą. Nie zauważyłem, żeby ktokolwiek wystraszył się uczestników Festiwalu, dlatego cytowane słowa, moim zadaniem są wytworem chorej wyobraźni ich autora. 


22 czerwca, w zakończeniu posta (Victorian Romantic – Diabeł) pisałem o ludziach, którzy upodobali sobie czarne ubrania: „Dość często spotykamy na ulicach młodych ludzi ubranych „na czarno”. Przez większość są oni postrzegani, jako ludzie „inni”, dziwni, a niekiedy wręcz wzbudzają podejrzenie, że mają kontakt z siłami „nieczystymi”. Wszystkim, którzy tak uważają, proponuje by do tego „niechlubnego grona” dołączyli księży, siostry zakonne, nasze rodzime wdowy i muzułmanki, kobiety, które noszą czarne ubrania.  (…) W większości są to ludzie, którzy nie boją się swojej „ciemnej strony”, tej którą wypieramy do podświadomości. Często są  to osoby wrażliwe, uduchowione. Bardzo proszę, patrzmy na nich tak samo, jak na dziewczynę czy chłopaka, noszących jasne, kolorowe ubrania”. 


Na zakończanie, podaję link:  http://castleparty.com/historia.html, który otwiera stronę Castle Party. Warto zapoznać się z jego treścią. 


Ez[o]

sobota, 21 lipca 2012

Victorian Romantic Tarot [17]


WIEŻA
Archetyp: Upadek.
Określenie: Wieża, arch. budowla o znacznej wysokości i małej powierzchni podstawy, wzniesiona na planie koła, czworoboku lub wieloboku, wolnostojąca lub w architektonicznym zespole; wieże występują w architekturze od starożytności; były przede wszystkim elementem obwarowań; od okresu wczesnochrześcijańskiego stały się nieodłącznym elementem architektury kościelnej; wieże stosowano też w budownictwie pałacowym i w ratuszach; konstrukcje wieżowe są znane też w kręgu sztuki islamu (minaret), w Chinach (śikhara); w architekturze nowoczesnej dzięki użyciu nowych materiałów i zastosowania nowych rozwiązań konstrukcyjnych, budowle wieżowe osiągają znaczne wysokości (wieża Eiffla w Paryżu, wieże telewizyjne, wieżowce).
Powszechna Encyklopedia PWN


Po raz kolejny możemy się przekonać, że talia Tarota Wiktoriańskiego zaskakuje swoją odmiennością i piękną grafiką, co skłoniło mnie do zaprezentowania jej na blogu. Moim zamiarem nigdy nie było omawianie poszczególnych arkanów pod kątem wróżebnym, ponieważ wcześniej zrobili to inni bardziej kompetentni niż ja. Jedynie staram się ukazać piękno tej talii i podzielić się ogólnymi przemyśleniami, refleksjami, jakie przychodzą mi do głowy, patrząc na poszczególne karty Wielkich Arkanów.

Wieża – Szesnasty Wielki Arkan, najczęściej przedstawia rozpadającą się wieżę po uderzeniu pioruna i wypadających z niej ludzi. Wieża, jest symbolem dynamicznego rozpadu pewnych struktur, które nie mają już racji bytu, muszą ulec zniszczeniu. Tu nie widzimy sypiącej się wieży, ale równie dramatyczną scenę, rozgrywającą się na morzu. Możemy się jedynie domyślać, że szkuner, czy inny statek żaglowy nie zdołał się oprzeć sztormowi, który go dopadł na otwartym morzu i poszedł na dno. Widzimy dwóch nieszczęśników (rozbitków) splątanych resztkami lin, które podtrzymują ich ciała na fragmencie masztu, wyglądają jak ukrzyżowani. Czy jeszcze żyją? Jeśli tak, to czy mogą liczyć na ratunek? Uderzające w wodę, obok nich pioruny i olbrzymie fale, wskazują, że ich los jest raczej przesądzony. Chociaż zdarzają się przypadki cudem ocalałych rozbitków, których dalsze życie ulega całkowitej zmianie, przewartościowaniu – stają się innymi, lepszymi ludźmi.  

Przemyślenia. Wieżę, jako obiekt architektoniczny kojarzymy z solidną, masywną budowlą, która jest w stanie oprzeć się wszelakim przeciwnościom – atakom wroga, niestraszne dla niej huragany i burze. Jej przeciwieństwem jest Wieża „tarotowa”, której archetypem jest UPADEK – niosący ból, cierpienie, łzy. Można śmiało powiedzieć, że jest ona często symbolem ludzkiej niefrasobliwości, błędnej oceny rzeczywistości, samooszukiwania się, co w konsekwencji, wcześniej czy później prowadzi do upadku. W moim dość długim życiu (goszczę na Ziemi 67 lat), wiele razy byłem świadkiem, jak na moich oczach znajomi i krewni budowali „tarotowe wieże”, o których wówczas nic nie widziałem, stąd moje opinie o nich były (mówiąc najdelikatniej) wypaczone. Sam byłem „twórcą” kilku „wież”, z których jedna była dość pokaźna, okazała się dla mnie ważną lekcją życia, z której wyciągnąłem wnioski.

Człowiek buduje „wieże”, jako „pozornie” bezpieczne lokum dla siebie, chociaż zdarza się, że znajdują w nich "schronienie" bliscy, znajomi, a niekiedy całkiem obcy ludzie. Można z grubsza podzielić ich na dwie grupy. Na tych, którzy zdają sobie sprawę, że już z założenia ich działanie jest skazane na porażkę, ale łudzą się nadzieją, że stanie się cud. Drugą grupę stanowią ci, którzy są przekonani, że postępują rozsądnie i wierzą w końcowy sukces. Tworzenie „wieży” może dotyczyć różnych dziedzin naszego życia, poczynając od spraw zawodowych, finansowych, a kończąc na sferze uczuć. Jak to wygląda w praktyce? Posłużę się przykładem, który miałem możliwość obserwować w dzielnicy, na której mieszkam. Pewna znajoma dość energiczna, przedsiębiorcza kobieta, postanowiła otworzyć kolejny sklep z branży, której nie było w okolicy. Nie miałem prawa ingerować w jej przedsięwzięcie, ale delikatnie jej nadmieniłem, że ja bym nie podejmował ryzyka, ponieważ w lokalu, który sobie upatrzyła, w ciągu kilku lat mieściły się różne sklepy bądź firmy i wszystkie dość szybko „padały” niczym przysłowiowe muchy. Lokal ten nie ma racji bytu, ponieważ jest usytuowany między wysokimi budynkami, co kłóci się ze sztuką Fen Shui – jest karłem między dryblasami. Po dwóch miesiącach kobieta ta zwinęła interes, dochodząc do wniosku, że jak powiedziała mi: Nie jest to miejsce na robienie pieniędzy, straciłam kilkanaście tysięcy złotych.

Osobny problem stanowią domy-wieże. Znam małżeństwo, które zdecydowało się na wybudowanie domu, mając na względzie dobro syna, zabezpieczając mu w ten sposób dach nad głową. Po latach okazało się, że wybudowali oni „wieżę”, ponieważ syn wyjechał na stałe za granicę i nie zamierza wracać do Polski. Słyszę od tych będących w podeszłym wieku ludzi biadolenie, że nie mają siły na sprzątanie tylu pomieszczeń, że jeszcze przez dwa lata będą spłacali zaciągnięty w banku kredyt, który pochłania lwią część ich emerytur. Czy nie jest to dom-wieża, który zamierzają sprzedać i kupić dla siebie małe mieszkanko (w bloku) na osiedlu budynków wielorodzinnych, na którym już kiedyś mieszkali.

Każdy z nas podobnych przykładów mógłby przytoczyć znacznie więcej. Jednak dość liczną grupę stanowią ludzie, którzy ulokowali swoje uczucia w niewłaściwym miejscu, wiążąc się z nieodpowiednim partnerem/partnerką. Te „wieże” uważam za najważniejsze a zarazem najbardziej niebezpieczne. Finansowy bankrut może stanąć na nogi, człowiek, który stracił pracę może znaleźć następną, często bardziej korzystniejszą, ale osoba, której uczucia zostały zdeptane, została oszukana, może w pozycji leżącej pozostać bardzo długo. W tym miejscu warto przypomnieć, że Szesnasty Wielki Arkan Tarota – Wieża, jest związany z Szóstym Arkanem – Kochankowie. Brak energii jednego z nich oznacza, że drugi arkan zaczyna być dominatem u człowieka. Mówiąc w skrócie: kto nie „poczuł” energii Wieży, nie wie czym jest prawdziwa miłość - i odwrotnie. Nie będę się zagłębiał w szczegóły związane z miłością, ponieważ jest to temat bardzo rozległy, dotyczy niemal każdego człowieka, dlatego skupię swoją uwagę na dwóch jego aspektach, związanych z „tarotową” Wieżą.

Często możemy spotkać dziwną sytuację w rodzinie (w związku), kiedy to współmałżonek (partner) wie, że jest oszukiwany przez drugą stronę, a mimo tego trwa w tym związku, udając głuchego i ślepego. Celowo użyłem określenia „oszukiwany”, a nie „zdradzany”, ponieważ tak naprawdę, to można zdradzić tylko samego siebie. W takiej sytuacji bierna postawa nie rozwiązuje problemu, a jedynie go komplikuje – „wieża” w pewnym momencie zaczyna pękać i należy w miarę szybko podjąć decyzję, by cegły z rozpadającej się „wieży” nie poraniły obydwojga partnerów. Jako przykład niech posłuży małżeństwo, w którym kobieta była święcie przekonana, że mąż jest wobec niej, mówiąc najdelikatniej – lojalny. Kiedy po kilkunastu latach smutna prawda wyszła na jaw, kobieta próbowała za wszelką cenę ratować ten związek – udawała, że nic się nie stało. Ostatecznie za swoją nazwijmy głupotę, zapłaciła bardzo wysoką cenę – najpierw ciężka depresja, która przekształciła się w chorobę psychiczną. Jest pod stałą opieką specjalistów – psychologa i psychiatry. Częstym powodem utrzymywania związku „na siłę” jest obawa: Co powiedzą ludzie? Pozostawiam taką postawę bez komentarza.

Druga, równie grożna jest sytuacja, kiedy „zdrowy” związek – normalny dom w jednej chwili staje się  „tarotową wieżą”. Ma to miejsce (używając metafory), kiedy z tej misternie tworzonej budowli wypada jeden element, jedna cegła. Znam przykład wzorowego małżeństwa, które po utracie kochanego dziecka, zaczęło wzajemnie oskarżać się, kto jest winny jego śmierci. Ostatecznie doszło do rozpadu związku. Wszyscy zostali poszkodowani. Najsmutniejszym w tej tragedii jest fakt, że obydwoje rodzice odwrócili się od Boga. Dramat ten obnażył ich błędne pojmowanie wiary. Stwierdzili: „Chodziliśmy do kościoła, prosiliśmy Boga o zdrowie dla naszego dziecka”. Jeśli byłby Bóg, to by go nam nie zabrał”. Po prostu zawoalowany handel wymienny. Wierzę, że kiedyś ludzie ci zmienią zdanie, spojrzą na swoją tragedię zupełnie inaczej, w myśl powiedzenia: Czas leczy rany”.



Na zakończenie, zadaję pytanie: „Czy można żyć na Ziemi nie budując „wież”? Być może tak, ale wydaje mi się, że tylko nielicznym to się udaje. Uważam, że wśród osób, które osiągnęły wysoki poziom rozwoju duchowego „wieże” w ich życiu należą do rzadkości, podobne jak wśród ludzi „po pięćdziesiątce” – z dużym bagażem doświadczeń życiowych. Jednak sam fakt, że doświadczamy na sobie, w różny, najczęściej bolesny sposób działanie Szesnastego Wielkiego Arkanu Tarota, oznacza, że jest on nam potrzebny. A czemu służy? Odpowiedź jest aż nadto oczywista i dlatego nie wymaga wyjaśnień.  

Ez[o] 

piątek, 6 lipca 2012

Trochę o... żywiołach


Dwa dni temu, kiedy szedłem obok osiedlowego boiska, byłem świadkiem scenki, na którą większość przechodniów prawdopodobnie nie zwróciło uwagi. Spacerowała mama ze swoim dwu-, może trzyletnim synkiem, który niespodziewanie, w mgnieniu oka znalazł się w kałuży, po której zaczął biegać. Reakcja matki była natychmiastowa – skrzyczała brzdąca. Czy słusznie? Być może miała rację, ale… ja na takie obrazki patrzę „innym okiem”. Ten epizod stał się przyczynkiem do napisania tego posta. 

Widok dziecka zbierającego z ziemi napotkane kamienie, czy wspinającą się na drzewo małą dziewczynkę, bądź dzieci wkładających patyki do ogniska, czy też, wspomnianego wcześniej malca biegającego po kałuży, przeważnie mają głębszy sens, znaczą więcej niż zwykła zabawa. Niestety dorośli najczęściej tego nie rozumieją. Rodzice ograniczają się do udzielania swoim dzieciom uwag, typu: odejdź od ognia, wyrzuć te kamienie, wyjdź z tej wody, bo zamoczysz buty, zejdź z tego drzewa – dziewczynce nie wypada. Należy zadać sobie, podkreślam jeszcze raz sobie pytanie: Dlaczego dziecko wkłada patyk do ogniska?, Czy kieruje się zwykłą ciekawością, a może jest jakiś inny powód, którego nie znam? Właśnie, którego nie znam. Dla dziecka – małego „ludzika” wkraczającego w życie, wszystko jest ciekawe, nowe, wszystkiego musi dotknąć, powąchać, a nawet spróbować jak smakuje.

Postaram się, oczywiście w wielkim uproszczeniu, odpowiedzieć na wyżej postawione pytania i rozwiać wątpliwości, odwołując się do czterech żywiołów, które nam towarzyszą tu na Ziemi od urodzenia aż do śmierci. W zasadzie płód w łonie matki, głównie w trzecim trymestrze, dość mocno odczuwa żywioły, z którymi przyjdzie mu po dziewięciu miesiącach „zderzyć się”. Niewątpliwie noworodek w momencie przyjścia na świat doznaje szoku, co potwierdzają osoby, które poddały się regresji hipnotycznej. Prawdopodobnie moment odejścia jest jeszcze trudniejszy, ponieważ „żegnamy się” z żywiołami, które gwarantowały nam życie. Można w tym miejscu dodać, że żywioł Wody najwcześniej zaczyna opuszczać nasze ciało, czego dowodem są pojawiające się zmarszczki na twarzy i innych częściach ciała. Proces starzenia najbardziej przeżywają numerologiczne „trójki”, dlatego powinny niezwłocznie znaleźć sobie absorbujące zajęcie, które pozwoli im zapomnieć o „tragedii”, jaka ich spotkała. 

Na temat żywiołów napisano wiele mądrych, wartościowych książek, które cieszą się dość sporym zainteresowaniem. Oczywiście sam z nich korzystałem i w miarę potrzeb zaglądam do nich nadal.  Niestety, nie zawsze potrafimy tą wiedzę odpowiednio wykorzystać, czyniąc ją „wiedzą teoretyczną”. Wiele osób zbyt schematycznie traktuje ją, szufladkując siebie w odpowiedniej przegródce, co jest podstawowym,  błędem. Jeśli jestem zodiakalnym Lwem, to rzecz jasna moim „dominatem”, motorem moich działań jest Żywioł Ognia, ale jest on uzupełniany przez pozostałe trzy żywioły. Analogicznie, sytuacja przedstawia się ze znakami Zodiaku. Jeśli, ktoś jest zodiakalną Panną, to osoba ta powinna przyswoić sobie wiedzę - pamiętać, że pozostałe jedenaście znaków Zodiaku mają na nią wpływ. Kanały poszczególnych znaków niczym dopływy rzeki docierają do nas, co przejawia się w naszym życiu na różne sposoby. Przypomnę, że Ogień i Powietrze – to żywioły męskie, które są dla siebie przyjazne, wspomagają siebie. Mówiąc prostym językiem, dla podtrzymania płomienia (ognia) niezbędne jest powietrze. Z kolei Woda i Ziemia to żywiły żeńskie, które wzajemne się uzupełniają. Gleba (ziemia) bez wody staje się klepiskiem, na którym nic nie urośnie – nie wyda żadnego plonu. Ale nie zapominajmy, że nadmiar wody żyzną glebę zamienia w błoto.

Chociaż post nie traktuje o znakach Zodiaku, pozwolę sobie napisać kilka zdań na ich temat. Każdy znak Zodiaku jest przyporządkowany pewnemu żywiołowi, co stanowi prostą zasadę, która sprowadza się do stwierdzenia, że znaki sąsiadujące ze sobą nie tworzą dobrych aspektów. Przykładowo zodiakalny Lew, który jest „przedstawicielem” żywiołu Ognia, po lewej stronie ma za sąsiada Raka (żywioł Wody), co oznaczałoby godzenie wody z ogniem. Po prawej stronie Lwa ulokowała się Panna. Czy jest ona dobrym partnerem(ką) dla Lwa? Mam poważne wątpliwości, ponieważ oznacza to godzenie ognia z ziemią. Promienie Słońca mogą wypalić ziemię, pozbawiając ją wody. Posługując się innymi znakami Zodiaku, możemy dokonać podobnych analiz, wykorzystując podstawową wiedzę o żywiołach.

Teraz mogę wrócić, do wspomnianego dziecka, które pobiegło do kałuży. Być może kierowało się zwykłą ciekawością, a może … no właśnie – znalazło się w wodzie, ponieważ odczuwa braki tego konkretnego żywiołu – Wody, który dotyczy sfery uczuć, ciepła rodzinnego, opieki, troski. W Tarocie w Małych Arkanach to Puchary (Kielichy), które powinny być wypełnione tym, o czym przed chwilą napisałem. Coraz częściej zapracowany ojciec widuje swoje dziecko wieczorem, kiedy ono już zasypia w swoim pokoiku wyposażonym w różne „cudeńka”, ale brak w nim rzeczy najważniejszej… ojcowskiego ciepła (żywiołu Wody). Zabawa przy ognisku, widok lecących iskier i trzask palącego się drewna jest dla dziecka wspaniałym przeżyciem, ponieważ, na co dzień nie widzi ono, nie doświadcza na sobie żywiołu Ognia. Pewną namiastką mogą być zapalone świece, bądź palące się drwa w kominku, o ile ktoś ma możliwość jego zamontowania. W odległych czasach, kiedy byłem dzieckiem, kontakt z żywiołem Ziemi nie był czymś nadzwyczajnym, chociażby dlatego, że z innymi dziećmi często biegałem „na bosaka”, wiele razy musiałem wysłuchiwać narzekań matki, kiedy łatała podziurawione kieszenie moich spodni. Znosiłem do domu kamienie, które najczęściej trafiały do kubła ze śmieciami. Dzisiaj wszechobecne tworzywa sztuczne, stały się materiałem, z którego produkowane jest także obuwie. Nie mamy bezpośredniego kontaktu z podłożem – z żywiołem Ziemi. Cieszy mnie widok dzieciaków bawiących się w piaskownicy, często w towarzystwie mamy bądź babci.

Tych zaledwie kilka przykładów, uświadamia, jak ważną kwestią jest równoważenie żywiołów w naszym organizmie. Niedobór któregoś z nich, często powoduje nadwyżkę innego, co odczuwamy w różny, niekorzystny sposób. Ludzie najczęściej, wszelkie niepowodzenia i skutki z tym związane traktują jako zły los, który ich prześladuje. A co może uczynić małe dziecko, które jest skazane wyłącznie na swoich rodziców, którzy wychowują go na własne podobieństwo?


š



Niezwykle ciekawie żywioły postrzega Hajo Banzhaf, niemiecki ezoteryk, wielki autorytet – znawca Tarota, który o nich pisze (cytat): 

Każdy z czterech żywiołów może być podzielony na trzy stopnie intensywności swoich cech, analogicznie jak dzielą się znaki Zodiaku na cztery żywioły, po trzy znaki w każdym. Są to:
1. Siła wyrywająca się na wolność;
2. Pokojowa siła;
3. Przetransformowana siła.  
  
Dalszą część cytatu stanowią podpisy pod zdjęciami, przedstawiającymi poszczególne żywioły.


                         ŻYWIOŁ OGNIA
                          Pierwotny ogień;               Ognisko;                   Światło.

                        ŻYWIOŁ POWIETRZA
                                      Huragan;                   Wietrzyk;                    Oddech.

                        ŻYWIOŁ WODY
                            Potop (powódź);                  Morze;                 Woda do picia.

                        ŻYWIOŁ ZIEMI
                            Trzęsienie ziemi;          Fundament;                Kamień.


Dokonajmy ogólnej analizy znaczenia obrazów zamieszczonych powyżej.

Patrząc na wszystkie cztery żywioły, jako na siłę wyrywającą się na wolność, zauważamy, że niosą one niszczycielską energię, działają destrukcyjnie. Pierwsze cztery zdjęcia umieszczone jedno pod drugim, są namiastką tego, co możemy zobaczyć w telewizorze. Coraz częściej Ziemię nawiedzają kataklizmy, których sprawcami są wszystkie cztery żywioły. Można zadać pytanie, czy można tych klęsk uniknąć? Być może, częściowo – tak, ale w zdecydowanej większości człowiek jest bezsilny wobec „praw natury”. W tym miejscu chcę przypomnieć, że w skali mikro, do oczyszczenia przedmiotów z nagromadzonej negatywnej energii wykorzystujemy wszystkie cztery żywioły. Być może źle to zabrzmi, ale… zdaniem niektórych ezoteryków, wszystkie kataklizmy, to w skali makro samooczyszczanie Ziemi. Jak w skali mikro wytłumaczyć trzęsienie ziemi, jako sposób na oczyszczanie przedmiotów? Najprostszym przykładem jest rozładowywanie wahadełka poprzez jego wstrząs – uderzenie nim o twardą powierzchnię.

Środkowe zdjęcia umieszczone „w pionie”, obrazują pokojową siłę wszystkich żywiołów. Czy nie jest to paradoksem, że te same żywioły, które potrafią w jednej chwili zabrać tysiące istnień ludzkich, dokonać niewyobrażalnych zniszczeń materialnych, są jednocześnie czteroma filarami, na których oparte jest nasze życie? Brak któregoś z nich, powoduje nieuchronną śmierć. Drugi stopień intensywności sprawia, że żywioły są dla człowieka przyjazne, wręcz pomocne. Określenia: ognisko, wietrzyk, morze, fundament, jakich użył pan Hajo Banzhaf, to rzeczowniki, które każdemu człowiekowi dobrze się kojarzą.

Cztery ostatnie zdjęcia to przetransformowana siła, to wielkie zmiany na lepsze, jakie dokonały się we wszystkich żywiołach.  Ich lekkość jest zadziwiająca, co sprawia, że określenie „żywioł” dla laika wydaje lekko przesadzona. Okazuje się, że żywioł Wody to nie tylko powódź, lecz także woda do picia, że żywioł Ziemi, to nie tylko trzęsienie ziemi, ale także leżący gdzieś w lesie czy na polu kamień, w którym drzemie olbrzymia „uśpiona” energia.

š



Tym dwunastu obrazom (symbolom żywiołów) można przyporządkować znaki Zodiaku, a znawca Tarota, z łatwością może wskazać arkana, których cechy i symbolika będą pasowały do poszczególnych żywiołów. Dzięki panu Hajo Banzhaf’owi i jego innowacyjnej koncepcji podziału żywiołów, zaprezentowanej przeze mnie w formie graficznej (jestem wzrokowcem), dosyć często z niej korzystam, w sytuacjach, kiedy muszę zwolnić, przyhamować, utrzymać w przysłowiowych „ryzach” emocje, poskromić własne ego. Jestem zodiakalnym Lwem i karmiczną „jedynką”. Wystarczy, że przywołam te dwanaście obrazów i… huragan zamienia się w oddech, równy i głęboki. Podobnie dzieje się z pozostałymi żywiołami – buchający ogień, zamienia się w światło, potop – w wodę do picia, a trzęsienie ziemi – w kamień.  

Ez[o] 


Za namową kolegi Mirka, zmieniłem czcionkę (krój pisma). Myślę, że „wyszło to na dobre”. Obydwaj z wykształcenia jesteśmy poligrafami. Mireczku, DZIĘKI za sugestię!

piątek, 22 czerwca 2012

Victorian Romantic Tarot [16]


DIABEŁ

„Najmądrzejszym podstępem diabła jest przekonanie nas
o tym, że jakoby go nie ma”
                                                                                        [Baudelaire]

Archetyp: Diabeł.
Określenie: Diabeł (grecki διάβολος diábolos – oskarżyciel, oszczerca). W judaizmie i chrześcijaństwie – ogólna nazwa złych upadłych aniołów, inne określenia: szatan, demon. Początkowo w folklorze polskim, diabły były to legendarne, rogate postacie, wywodzące się od złych lub złośliwych demonów – tzn. czartów lub biesów – pochodzących z mitologii słowiańskiej. Dopiero po chrystianizacji słowo diabeł stało się synonimem słowa szatan. Według Biblii diabeł to upadłe stworzenie duchowe, które sprzeciwiło się Bogu. Nie jest jednak równy Bogu, gdyż został przez niego stworzony. Nie należy go więc traktować jako „złego boga”. Diabłami polskiego folkloru są: Belzebub, Boruta, czart, Dusiołek, Kozyra, Licho, Hrabia Manteufel, Rokita, Smętek.
[Wikipedia]

Diabeł, religioznawstwo – w tradycji judeochrześcijańskiej – upadły anioł strącony przez Boga do piekła za pychę i nieposłuszeństwo; „księciem piekła" jest Lucyfer, który pierwszy zbuntował się przeciw Bogu i pociągnął za sobą inne upadłe anioły; jako kusiciel, diabeł namawia ludzi do niewierności Bogu, chcąc zapanować nad światem; częsty motyw w ikonografii chrześcijańskiej; Szatan [hebr.], w Biblii i teologii żydowskiej, chrześcijańskiej i muzułmańskiej (szejtan) przywódca złych duchów; według Księgi Hioba anioł oskarżający ludzi przed Bogiem (termin szatan oznacza przeciwnika, oskarżyciela, oszczercę); w późniejszych tradycjach biblijnych – diabeł kuszący do złego (utożsamiany z wężem w raju) i sprawca opętania; w rozwiniętej demonologii anioł zbuntowany przeciw Bogu, władca piekła (Lucyfer), czasem synonim ogółu diabłów.
Powszechna Encyklopedia PWN.


Piętnasty Wielki Arkan Tarota jest kartą, która (według mojego rozeznania) nie przypada do gustu osobom, które mają z nią kontakt po raz pierwszy. Trudno dziwić się, ponieważ główną „postacią” na niej jest diabeł a kolorem dominującym jest czerń, co nasuwa nienajlepsze skojarzenia. Chociaż coraz częściej projektanci (graficy) kart odchodzą od standardów, czego przykładem może być powyżej zaprezentowana karta Diabeła z Tarota Wiktoriańskiego.

Kolejno: Pagan Tarot; Universal Goddess Tarot; Gothic Tarot of Vampires; Northern Shadows Tarot. 

Powyżej przedstawiam cztery karty Piętnastego Wielkiego Arkanu Tarota dla zobrazowania jak różne one mogą być graficznie, a co za tym idzie – dostarczają odbiorcy (tarociście) całkowicie nowych informacji, skojarzeń w czasie analizowania rozkładu i podczas medytacji. Osobiście jestem konserwatystą i lepiej „znajduję się” z kartami uznawanymi za tradycyjne, przynajmniej do celów wróżebnych, co nie znaczy, że stronię od kart nowszych, które służą mi głównie, jako narzędzie do medytacji. Oczywiście, żeby się „nie pogubić”, poznać ich „ducha”, poczuć, jakie niosą przesłanie, nierzadko trzeba posiąść wiedzę z różnych dziedzin, poczynając od mitologii, historii starożytnej, poprzez style w malarstwie, a kończąc na naukach przyrodniczych. Tak! Nie ma w tym żadnej przesady.

Kiedy spojrzymy na kartę Diabła z Tarota Wiktoriańskiego, widzimy, że „główny bohater” tym razem przybrał postać kobiety. Ciekawe. Kobieta (diabeł) przyjęła pozę, która jednoznacznie wskazuje, że jest otwarta, czeka na propozycję zawarcia znajomości, oczywiście (tylko) z mężczyznami. Nie jest ona uosobieniem kobiety-wampa, ale dekolt odkrywający częściowo jej piersi, gołe ręce i część nogi, prowokują, zachęcają przyszłe „ofiary” do tego, by wpaść w zastawione przez nią „sidła”. Ubrana jest w długą suknię koloru fioletowego (fiolet – Siódma Czakra – Korony), który jest zarezerwowany głównie dla hierarchów kościelnych. Dekolt sukni ma żółte wykończenie, co może świadczyć, że jej umysł jest cały czas aktywny. Za plecami kobiety widać brązowe skrzydła, żywcem przypominające te, jakie posiada nietoperz. O tych ssakach krąży wiele niesamowitych, często nieprawdziwych opowieści.  W prawej ręce trzyma (prawdopodobnie) korale wykonane z drogocennych kamieni, natomiast w lewej – czerwone róże. Pod jej bosą nogą leży zdeptana lilia – symbol niewinności, dziewictwa, co jednoznacznie wskazuje, że cnoty, te zostały przez nią splamione. Obok, na ziemi widać czerwoną różę, rozrzucone karty do gry oraz worek z monetami, których jest tyle, że wysypują się na ziemię. Wszystkie te rekwizyty, świadczą, że pieniądze zostały przez kobietę zdobyte w nieuczciwy sposób. Tło, na którym ją widzimy, jest równie szare, niejasne jak ona sama.

Przemyślenia.  Żeby nie popadać w ponury nastrój, przytoczę słowa Hermann’a  Hesse (ps. Emil Siclair) niemieckiego prozaika i poety, który powiedział: Bez pierwiastka zwierzęcego w nas, bylibyśmy jak wykastrowany anioł. Jeśli ktoś wyrzeka się wspomnianego pierwiastka, to świadczy, że nie jest uczciwy wobec samego siebie i wypiera go do podświadomości. Instynkt zwierzęcy jest synonimem zła, jest przypisywany diabłowi, którego obwiniamy za jego „diabelskie sztuczki”. Najprościej wszelką winę przypisać „nieczystym mocom”, bo tak jest nam najwygodniej. Ludzie wierzą w anioła, którego nie widzą, podobnie, są przekonani o istnieniu diabła, którego także nikt nie widział na własne oczy. Dlatego łatwiej i prościej jest odrzucić jego personifikację i traktować go, jako energię - siłę destrukcyjną. Mamy z nią kontakt, na co dzień, często nawet nie zwracamy na nią uwagi, po prostu spowszedniała. Chociażby wszechobecne przekleństwa na ulicach, szerzące się chamstwo, nad którym nikt nie panuje. Siły destrukcyjne (diabelskie) przybierają różne formy: wszelkie uzależnienia (narkotyki, alkoholizm, hazard), wulgarny wyuzdany seks, a skończywszy na ciężkich przestępstwach – gwałt, rozbój, czy zabójstwo. Mówiłem wiele razy i powtórzę po raz kolejny, że ludzie „karmią się” złem. Złe wiadomości, są dobrymi wiadomościami, a takich dostarczają nam dziennikarze każdego dnia, które raczej powinny nazywać się kroniką kryminalną. Mówiąc filozoficznie – sami zapraszamy diabła do działania.

Tarotowy Diabeł to nie tylko samo zło, to także skumulowana silna energia, która powinna być właściwie spożytkowana, rozładowana niczym samochodowy akumulator. Młody człowiek „naładowaną” w sobie energią, musi z siebie wyrzucić, wyzwolić adrenalinę. W tym wypadku, doskonałym środkiem są sporty ekstremalne, często wymyślane niemal na poczekaniu. Czy bycie na tzw. rauszu, po wypiciu małej ilości alkoholu jest czymś nagannym? Zdecydowanie  - nie.

Czy miłość, ta fizyczna będzie kochankom sprawiała przyjemność, kiedy obydwoje będzie ją traktowali w sposób nazwijmy – książkowy? Czy w takiej chwili nie należy im się "coś więcej"? Nie mam tu na myśli wyuzdanego seksu, który nic nie ma wspólnego z miłością, a raczej należy traktować go w kategoriach sportowych. Odrobina „zwierzęcości”, o której wcześniej pisałem, jest nie tylko dozwolona, a wręcz wskazana. W tym miejscu mogę narazić się tym, którzy kochają się „po bożemu”, tak jak pozwala na to ksiądz. A najlepiej byłoby, żeby stosunki płciowe służyły tylko i wyłącznie do celach czysto prokreacyjnych.  Czy będąc na stadionie możemy zachować kamienną twarz i nie reagować spontanicznie na to, co dzieje się na boisku? Pytań tego rodzaju mógłbym sobie zadać jeszcze wiele, ale wszystkie one sprowadzają odpowiedź do wspólnego mianownika, że niezwykle trudno byłoby nam żyć bez instynktów zwierzęcych, które mamy zakodowane od… no właśnie, od kiedy? Od zarania.
Carl Gustaw Jung stwierdził, że:

Człowiek bez instynktów zwierzęcych (diabelskich)
byłby mało plastyczny, wyglądałby jak fantom.


Pamiętajmy o powiedzeniu, które mówi, że diabeł tkwi w szczegółach. Nie bez powodu tarotowy Arcykapłan (arkan pasywny) jest w parze z Diabłem, jako arkanem aktywnym. Arcykapłan, tzn. ksiądz, przewodnik duchowy - guru, szef firmy, trener sportowy a nawet własna teściowa, muszą być czujni, ponieważ grozi im niebezpieczeństwo – mogą poczuć się bogami, których muszą słuchać podwładni, muszą być wobec nich bezgraniczne lojalni, a to nieuchronnie prowadzi do całkowitej destrukcji. Mówiąc kolokwialnie – stają się diabłami w ludzkim ciele, a co gorsze, są – nomen omen – „święcie” przekonani, że czynią dobro swoim „poddanym”. Posłużę się cytatem z książki Flavio Anusza „Tarot – Droga adepta”, który doskonale odzwierciedla to o czym przed chwilą napisałem.

„Grzegorz VII był jedynym papieżem, który kanonizował sam siebie. Gdy Hildebrand został papieżem, sporządził listę z dwudziestoma siedmioma tezami dotyczącymi jego władzy jako następcy Piotra, do którego zresztą żywił ogromną miłość, ale, jak wiemy, miłość miłości nie jest równa. Spójrzmy na kilka wspomnianych tez, a zrozumiemy jak arkan XV może całkowicie opanować Papieża:
         - Nikt na ziemi nie może sądzić Papieża;
         - Kościół rzymskokatolicki nigdy się nie mylił i nigdy mylić się nie może;
         - Wszyscy mają obowiązek całować Papieżowi stopy;
         - Prawowicie wybrany Papież, dzięki zasługom św. Piotra, jest święty”.


Na zakończenie jeszcze jedna uwaga dotycząca czarnego koloru. Dość często spotykamy na ulicach młodych ludzi ubranych „na czarno”. Przez większość są oni postrzegani, jako ludzie „inni”, dziwni, a niekiedy wręcz wzbudzają podejrzenie, że mają kontakt z "siłami nieczystymi". Wszystkim, którzy tak uważają, proponuję, by do  tego  "niechlubnego grona" dołączyli księży, siostry zakonne, nasze rodzime wdowy i nuzułmanki - kobiety, które noszą czarne ubrania. Pragnę zdementować, tego rodzaju osądy. Wręcz przeciwnie – w większości są to ludzie, którzy nie boją się swojej „ciemnej strony”, tej którą wypieramy do podświadomości. Często są to osoby wrażliwe, uduchowione. Bardzo proszę, patrzmy na nich tak samo, jak na dziewczynę czy chłopaka noszących jasne, kolorowe ubrania.

Ez[o]