wtorek, 13 marca 2012

Medytacja na co dzień


Czym jest medytacja? Wystarczy zajrzeć do Internetu, gdzie znajdziemy niejedną odpowiedź, a znacznie więcej, które w mniej lub bardziej szczegółowy sposób wyjaśniają istotę medytacji. Dla bardziej ciekawych, którzy zamierzają korzystać „z dobrodziejstw” medytacji, księgarnie oferują wiele książek z tej dziedziny. Nie mam, żadnego prawa do oceniania wartości merytorycznych książek ani informacji zamieszczanych w Internecie, ponieważ moja wiedza o medytacji, jest mniej niż skromna. Kilka lat temu w księgarni trafiłem na książkę zatytułowaną „Medytacja dla żółtodziobów”, której tytuł okazał się nieco mylący, ponieważ w rzeczywistości stanowi ona kompendium wiedzy o medytacji, przydatne nie tylko dla adeptów. Nie należy traktować moich słów o tej książce, jako kryptoreklamę, ponieważ została ona wydana osiem lat temu i „chwilowo jest niedostępna” – taka informacja pojawia się stronach internetowych.

Odnoszę wrażenie, że wraz z innymi duchowymi naukami, medytacja przeżywa może nie renesans, a raczej stała się „modna” – jest na nią zapotrzebowanie. Wiem, że brzmi to dziwnie, ponieważ „zapotrzebowanie”, głównie kojarzy się z produktami konsumpcyjnymi, a nie z naszą duchowością. Być może jestem zbyt konserwatywny, niereformowalny, ale już wiele razy podkreślałem, twierdzę, że nie wszystko jest towarem, który można porównać do pęczka rzodkiewek sprzedawanych na straganie. Krytykowano mnie wiele razy, być może, dlatego, mniej biorę sobie do serca zdania „niektórych” ludzi. Wystarczy posurfować w Internecie, by znaleźć wiele stron oferujących fachową „naukę” medytacji.


Jeśli ktoś pragnie wejść na wyższy poziom rozwoju duchowego, może poczekać, aż zjawi się przewodnik, który wskaże mu drogę, bądź próbować robić to samemu. Medytacja jest jednym z bardzo wielu środków, które do tego służą. Wspomniałem, o panującej swoistej "modzie", którą wymyślają, często z nudów, zamożni ludzie, chcąc pochwalić się przed znajomymi, jak są "uduchowieni". Nie ilość odbytych „duchowych” kursów, a autentycznie rzetelna  praca nad sobą, daje człowieka oświeconego.

Kiedy mówimy o medytacji, najczęściej kojarzy się ona z człowiekiem siedzącym w pozycji lotosu, którego oddech jest głęboki, powolny, a tętno spadło do kilku uderzeń na minutę. Podziwiam tych ludzi, wśród których nierzadko możemy spotkać kilkunasto-, a nawet kilkuletnie dzieci (głównie dziewczęta), którzy wytrzymują przetrwać w nieruchomej pozycji przez dłuższy czas! W Czarnowie, w aśramie, wiele razy miałem okazję obserwować „mistrzów jogi”, bo w moich oczach zasługą na takie miano. Tak wysoki poziom „wytrenowania” ciała i duszy osiągają nieliczni. Czy to oznacza, że my, czyli pozostała reszta, nie możemy medytować i czy tego nie robimy?

Uważam, że sprawa jest bardziej prosta, niż nam się to wydaje. Nie mam zamiaru powielać wiadomości książkowych o sposobach, technikach medytacji, ponieważ nie ma to najmniejszego sensu. Moim zamiarem, intencją jest przypomnienie, że znaczna część, tego, co robimy, na co dzień, ma znamiona medytacji, czego do końca nie jesteśmy świadomi.

Kiedy obserwujemy małe dziecko, które usiłuje z klocków „coś” zbudować, to możemy być prawie pewni, że za jakiś czas będzie ono gotowe poświęcić wiele godzin, „tylko”, a właściwie „ aż” na to, by ułożyć obraz z tysięcy drobnych elementów. Czy nie jest to rodzaj medytacji małego człowieka? W tym samym czasie inne dzieci siedzą przed monitorami i… godzinami „walczą z wirtualnym wrogiem”, czego nie można nazwać medytacją, a raczej wypaczaniem „młodego charakteru”. Nie jestem wrogiem gier komputerowych, ale należy zachować tzw. zdrowy rozsądek, żeby nie wychować człowieka, który swoją agresję będzie traktował, jako coś naturalnego.

Mój znajomy od wieli, wielu lat rzeźbi w drewnie. Wyjeżdża na plenery rzeźbiarskie, gdzie spotyka się kolegami, którzy mają potrzebę „dłubania” w drewnie. Jego rzeźby nie są zbytnio cenione, ale trudno odmówić im charakteru – są w pewnym sensie, dziełami sztuki. Drugi z kolei – Bolesław, okazjonalnie pisze wiersze. Co jakiś czasu zostaje wyróżniony za swoją twórczość, której nie docenia jego żona. Moim zdaniem obydwaj „tworząc” – medytują. W Internecie możemy trafić na, blogi, których właściciele „tworzą” istne cuda, których wykonanie wymaga cierpliwości, dokładności i nade wszystko uzdolnień artystycznych. I tu, nie mam najmniejszych wątpliwości, że są to przykłady „szczególnej”, artystycznej, czy estetycznej medytacji, przymiotniki są tu mniej ważne.

Warto mieć oczy szeroko otwarte i wsłuchiwać się w otaczające nas dźwięki. Miałem możliwość obserwowania kilkuosobowej grupy starszych kobiet, które przez jakiś czas przemierzały drogę ze Świebodzic do zamku Książ. Za każdym razem, kiedy je wyprzedzałem, jadąc rowerem, słyszałem, że śpiewają kościelne pieśni. Robiły to bez żadnej krępacji, na co turyści reagowali bardzo różnie. Zapytałem kiedyś, czy nie odczuwają za swoimi plecami „uśmieszków” i docinków ze strony przechodniów? Usłyszałem krótką, jakże ważną odpowiedź: „z Maryją na ustach lżej nam się idzie”. Myślę, że kobiety te, wiedziały, że idąc ze śpiewam na ustach, medytują, czego nie można powiedzieć o większości mijających je turystach. Nie jest to nic innego, jak typowa medytacja ze śpiewem, o której możne przeciętny Kowalski przeczytać w książce. Będąc przy tematyce kościelnej warto przypomnieć, że uczestnictwo w eucharystii jest medytacją, o czym większość wiernych wychodzących z kościała nie wie.

Czy oglądanie w galerii obrazów, które wyszły spod pędzla wielkich mistrzów, czy słuchanie w filharmonii Czterech Pór Roku Vivaldiego, to nie są estetyczne medytacje? Można zadać pytanie: „Czy słuchając koncertu, hevi metalowego zespołu, bądź uczestnictwo na stadionie podczas meczu piłkarskiego, można zaliczyć do medytacji”? Pytanie pozostawiam bez odpowiedzi.

Przykładów jest aż nadto dużo, tylko większość z nas nie zdaje sobie sprawy, że uczestniczy w medytacji. Na dniach będę miał okazję przeżyć, nazwijmy ją „wagonową” medytację. Wybieram się w dość długą podróż pociągiem. Nie mam zwyczaju zasypiania podczas podróży, ale… kiedy siedząc przy oknie wpatrujemy się w szybko przesuwającą się przed naszymi oczami krajobrazy i słuchając rytmicznego stukotania kół, po ocknięciu się (zakończeniu medytacji), zauważamy, że czas niepostrzeżenie szybko minął.

Na zdjęciu medytujący mnich w świątyni w Czarnowie.

Niezależnie od wszystkiego, watro poświęcać czas na w pełni świadome i planowane medytacje, które przynoszą wiele korzyści nie tylko dla naszego ducha, ale także dla ciała, powodując pozytywne przemiany w organizmie, ponadto wnoszą wiele korzystnych zmian w naszej psychice. Każdy powinien znaleźć, odkryć swój „własny”, najlepszy sposób medytacji, co nie znaczy, że mamy negować, odrzucać sprawdzone wzorce, które najczęściej są dziedzictwem ezoterycznej kultury hinduskiej. Któryś z wielkich hinduskich mędrców powiedział, że:
Całe nasze życie – to medytacja.

Ez[o]   

sobota, 3 marca 2012

Pożegnanie


Miałem zamiar napisać tekst na zupełnie inny temat, ale życie (jak wiemy) pisze nam własny scenariusz. W piątek pożegnałem Kolegę, który przegrał nierówną walkę z nieuleczalną chorobą. Podczas tych „smutnej uroczystości” słyszałem między żałobnikami, ciche rozmowy związane z sensem życia, tu na Ziemi, naszą egzystencją, która najczęściej ogranicza się do spraw „przyziemnych”, małostkowych, ale mówiąc szczerze, w naszej obecnej rzeczywistości mających prerwszeństwo, spychając życie duchowe „na później”. Paradoksalnie, kiedy wydaje się, że nadchodzi czas by poważnie zająć się własną „duchowością”, okazuje się, że czasu pozostało zbyt mało, bądź zabrakło go w ogóle.

Złożyłem na grobie Wiesława symboliczną różę i zapaliłem znicz. Teraz, po dwóch dniach, sięgnąłem do własnych „komputerowych” notatek, których nagromadziło się dość dużo i wybrałem fragmenty jednej z nich, które traktuję, jako przemyślenia, jako refleksję, po piątkowym pożegnaniu Przyjaciela.

Mówi się, że czas ciągle płynie. Może się mylę, ale uważam, że czas jest jednostką umowną, którą stworzył człowiek dla własnych potrzeb, wykorzystując do tego celu powtarzające się rytmy – cykle Kosmosu. W ten sposób, staliśmy się w pewnym sensie niewolnikami czasu, który ogranicza nas na różne sposoby. Z chwilą urodzin zaczynamy zbliżać się do fizycznej śmierci. Na co dzień nie zastanawiamy się nad tym, że mamy określony limit czasu na przebywanie tu na Ziemi. Jest on uzależniony od naszego miejsca urodzenia, daty, godziny, a nawet minuty przyjścia na Świat. Zaczynamy uczestniczyć w tym niezwykłym „spektaklu” – wprowadzeni w rytmy kosmiczne – gramy pewne określone role, to oznacza, że została przydzielona nam przez Najwyższego (Boga) albo jak to woli przez Uniwersum, misja do wykonania.

Jakże często człowiek zadaje sobie pytania, na które nie może znaleźć odpowiedzi, a jeśli już je znajdzie, to najczęściej zawęża je do podejrzeń, które nie mają żadnego racjonalnego uzasadnienia. „Dlaczego mój sąsiad ma młodą, piękną żonę i do tego mądrą? Dlaczego posiada duże mieszkanie, nowy luksusowy samochód, kiedy ja klepię biedę, borykam się z trudnościami dnia codziennego, na domiar złego mam nieuleczalnie chore dziecko? Prawdopodobnie on kradnie pieniądze”. No cóż, człowieku, taki jest twój boski plan. Taką masz misję, która ściśle, nierozerwalnie wiąże się z twoją karmą, o której nie słyszałeś, bądź, jeśli coś wiesz, to może w nią nie wierzysz. Tu na usta cisną się słowa, powtarzane po stokroć razy, że każdy wierzy w to, w co ma wierzyć.

Odrębnym problemem jest długość naszego życia. Nic nie dzieje się przez przypadek, w który nie wierzę, który nie funkcjonuje w ezoteryce. Nie można żyć dłużej ani krócej, nawet o jedną minutę – czyż nie jest to zegarmistrzowska precyzja?  W tym właśnie czasie mamy wykonać pewne zadania – wspomnianą misję. W pewnym stopniu określa ją Dziesiąty Wielki Arkan Tarota (Koło Fortuny, czyli archetypowe Koło Losu), cząstko interpretowany zbyt dosłownie, to znaczy, jako karta szczęścia, bądź zapowiedź dobrego lub złego losu. A, że każdy (bez wyjątku), otrzymuje tylko tyle, a może, aż tyle – na ile sobie zasłużył, dlatego w tym „spektaklu kosmicznym” (życiu) gra rolę lekarza, artysty estradowego, inny złodzieja, żebraka, nad którym litują się przechodnie na ulicy, jeszcze inny istotę zagubioną, pozostawioną sobie samemu, na pastwę losu. Tu, jak przysłowiowy bumerang, kłania się prawo karmy. Duża suma pieniędzy w nieodpowiednich rękach, może stać się dla ich posiadacza nieszczęściem. Żebrak cieszy się czymś innym niż bogacz. Obydwaj są ludźmi, ale każdy ma inne „priorytety”. Bogaty myśli o luksusowym aucie, żebrak natomiast o nasyceniu żołądka suchym chlebem. Jest anegdota, która doskonale odzwierciedla to, o czym jest mowa. Zapytano kloszarda, co by zrobił z dużą wygraną na loterii. Bez wahania odpowiedział, że wykupiłby wszystkie śmietniki, żeby inni kloszardzi w nich nie grzebali, nie mieli do nich dostępu.

Co się tyczy długości życia, tu sprawa nieco się komplikuje, ponieważ jest ono ograniczone ramami czasu, który jak pisałem, jest pojęciem względnym. Dla osoby chorej, przykutej do łóżka, która czuje się ciężarem dla swoich opiekunów, każdy dzień przez nią jest odbierany inaczej, niż dzień młodej dziewczyny, która spędza wakacje w luksusowym kurorcie. Kiedyś myślałem o przeprowadzeniu pewnego eksperymentu, w którym chętnie bym wziął udział. Polegałby on na zamknięciu, na trzy miesiące, pewnej grupy ludzi w pomieszczeniu, które byłoby zupełnie odizolowane od świata zewnętrznego, to znaczy, pozbawione możliwości kontrolowania cyklów dnia i nocy, braku sprawdzania czasu przy pomocy zegarów. Czas dla wszystkich byłby jeden, ale osoby biorące udział w tym eksperymencie, by odbierały go w różny sposób. Jednym by czas się dłużył, czego inni by nie odczuwali. Jednego jestem pewien, że wszyscy, straciliby poczucie rytmu dnia i nicy, a tym samym poczucia rzeczywistego czasu. 

Różne nurty filozoficzne, a tym samym i religie, czas życia człowieka traktują w odmienny sposób. Część religii hinduistycznych, życie ziemskie, uważa, jako karę za grzechy popełnione w poprzednich wcieleniach. Modlą się o to by wyrwać się z powłoki cielesnej i pogrążyć się w nirwanie, by nie doświadczać więcej samsary. Inni z kolei twierdzą, że nie ważna jest długość życia, lecz jego, jakość, z czym osobiście w pełni zgadzam się.

Moja ,,jesień życia” zmusza mnie do tego, by nie rozmieniać czasu, na przysłowiowe ,,drobne”.
Czas jest dla mnie czymś bardzo cennym, dlatego staram się go wykorzystywać w pełni.
A, czy mnie się to udaje, to zupełnie już inna bajka – na osobne rozważania. 


Ez[o] 



poniedziałek, 20 lutego 2012

Victorian Romantic Tarot [13]


WISIELEC (POWIESZONY)

Archetyp: Oświecenie
Określenie: Niestety, ale w żadnym z dostępnych mi źródeł nie znalazłem hasła – Wisielec. Moja, własna interpretacja – określenie, może okazać się ułomna, nieprecyzyjna. Najogólniej, wisielec to osoba, która dokonała aktu samobójczego przez powieszenie się; bądź osoba, na której dokonano egzekucji – powieszenia, jako karę śmierci za popełnienie ciężkiej zbrodni. W większości państw, kara śmierci nie jest wykonywana. Ostatni wyrok kary śmierci w Polsce wykonano w roku 1988.
Powieszenie (łacińskie suspensio) – jedna z najstarszych metod wykonywania kary śmierci.
[Wikipedia]


Ze słowem wisielec, trudno mieć dobre skojarzenia, dlatego, jeśli już gdzieś ono pada, wywołuje mieszane uczucia. Dlatego pozwalam sobie na nieco szersze objaśnienie słowa wisielec w odniesieniu do Dwunastego Wielkiego Arkanu Tarota. Osoby, które nie znają tej cudownej Księgi Życia, jaką jest Tarot, odbierają jednoznacznie, nazwy poszczególnych kart. Najbardziej „wzdrygają się”, kiedy słyszą – „Wisielec” bądź „Śmierć”. Zajmijmy się Wisielcem, by w następnym poscie przyjrzeć się Śmierci – Trzynastemu Wielkiemu Arkanowi. W malarstwie, wisielec, jako osoba, która „wyzionęła ducha”, to temat niezwykle rzadki, a także inni artyści nie kwapią się do tworzenia dzieł z motywem wisielca. Dlatego pozwoliłem sobie na zamieszczenie dwóch zdjęć, które przedstawiają takie postaci. Pierwsze zdjęcie przedstawia obraz Rouault’a Georges’a, zatytułowany Homo homini lapus. Na drugim zdjęciu widzimy kukłę Hitlera, powieszoną na latarni w Warszawie przy ulicy Promyka, w ramach akcji „Wawer”, w czasie drugiej wojny światowej. Przedstawione niżej „sceny” przedstawiają transformację, która przebiega w jednym kierunku, tzn. zaistniałe zmiany są nieodwracalne. Wiem, że zdjęcia te nie należą do obrazów estetycznych, ale warto przez chwilę na nie popatrzeć.


Tarot pobudza obrazy zapisane głęboko w naszej podświadomości, dlatego dywinacja jest sztuką kojarzenia, analizowania poszczególnych kart, łączenia ich, w taki sposób by powstał logiczny ciąg dający odpowiedź na zadane pytanie. Jest kilka kart Tarota, których pojawienie się w rozkładzie oddziaływają na mnie w szczególny sposób. Do nich zalicza się Wisielec, który nie oznacza sensu stricte wydarzeń, jakie przedstawiają umieszczone powyżej zdjęcia. Właściwszą nazwą tego arkanu jest Powieszony, ponieważ przedstawia osobę, która „czasowo” przyjęła nietypową pozycję, o czym świadczy sposób powieszenia – za nogę. Chociaż w przeszłości zdarzało się, że zdrajców skazanych na śmierć, wieszano za nogi, co miało przedłużyć ich cierpienia. Osobiście w odniesieniu do Dwunastego Wielkiego Arkanu, używam określenia Powieszony.

Patrzę na kartę po lewej stronie. Przedstawia człowieka, który wisi głową w dół, zaczepiony sznurem za prawą nogę [świadomą]. Jego „sytuacja” jest zupełnie inna, niż dwóch postaci, których widzimy na obrazach powyżej. Miejscem powieszenia, który wybrał sobie „bohater” widoczny na karcie, to łuk kamiennego mostu, łączący dwa skaliste brzegi. Po prawej stronie mostu widać zwisające, zielone pędy rośliny. Kiedy przyjrzymy się powieszonemu, zauważamy, że jego prawa ręka [świadoma] skierowana jest w dół – do ziemi, natomiast lewa [intuicja] dotyka głowy. Mówiąc najkrócej – powieszonego zawiodła intuicja, ale ma on dobry kontakt z ziemią, co jest obiecującą prognozą na przyszłość - sytuacja wkrótce zmieni się na jego korzyść. Powrót do normalnej pozycji jest tylko kwestią czasu. Warto zwrócić uwagę na jego ubiór. Ma na sobie czerwone spodnie, żółtą kamizelkę, niebieską koszulkę a na głowie brązowy kapelusz. Na nogach powieszonego widzimy żółte buty. Poszczególne kolory ubrania w powiązaniu z częściami ciała powieszonego, potwierdzają to, co wcześniej powiedziałem – rychły powrót do normalnej pozycji. Całość tego obrazu – karty, uzupełnia tło – całkiem sympatyczny widoczek, który po oprawieniu w ramkę, mógłby znaleźć się na ścianie, gdyby nie wiszący człowiek, widoczny na pierwszym planie.


Przemyślenia. Większość z nas była świadkiem biologicznej śmierci człowieka, bądź oglądała ją w telewizorze. Wyjątkowo źle kojarzy się nam śmierć samobójcza, którą jedni uważają za akt rozpaczy, połączony z odwagą [?], Drudzy twierdzą, że jest ona smutnym finałem, przegraną człowieka z trudnościami, problemami dnia codziennego. Desperat skaczący z wieżowca, czy rzucający się pod koła nadjeżdżającego pociągu, staje się publicznym „bohaterem”, w odróżnieniu od samobójcy, który wybrał powieszenie, jako mało medialny sposób odebrania sobie życia. Nie dokonuje tego czynu w miejscu publicznym, stąd też obecność ludzi – świadków tego smutnego wydarzenia nie ma w ogóle. Dwa razy widziałem wisielców, którzy odebrali sobie życie we własnych mieszkaniach. Jest to widok, który pozostaje w pamięci do końca życia, dlatego lepiej go unikać, pozostawiając ciekawość niezaspokojoną. 

Często osobom zgłębiającym tajniki Tarota, proponuje się ćwiczenie, które polega na zrobieniu tzw. stójki, podczas, której patrzymy na świat z innej pozycji – odwróconej, jaką przyjął tarotowy Powieszony. Jest to pozycja [powieszonego], której doświadczamy wiele razy podczas swojego życia. Czy to nie jest paradoksem, że pierwszy raz ma to miejsce, już podczas rodzenia się – wysuwamy się z łona matki głową w dół. Nie ma limitów, które by ograniczały naszą pozycję „powieszonego”. Często ludzie nie są świadomi, że znaleźli się w nienormalnym położeniu, bądź wiedzą, ale nie starają się odciąć sznura, na którym zawiśli. Jeszcze inni, próbują wyplątać się z więzów, ale robią to nieudolnie, często bez przekonania. Przykładem, takiej sytuacji, są rodziny alkoholików, które trwają w toksycznych związkach przez wiele lat. Dzieci alkoholików od pierwszych dni swojego życia, nie wiedzą, czym jest ojcowska miłość, nie mówiąc o uczuciach wyższego rzędu. Niekiedy całe narody, przez wiele lat żyją niczym wiszące nietoperze. Przykładów jest aż nadto, chociażby Kubańczycy, czy mieszkańcy Korei Północnej. Niektóre narody odcięły więzy, które krępowały ich nogi, chociażby Libijczycy. W tym, co piszę może ktoś dopatrzyć się podtekstu politycznego, być może, ale moje intencje są zupełnie inne. Teraz może zaskoczę jeszcze bardziej, ponieważ twierdzę, że to wszystko, o czym piszę, są zjawiskami – symptomami zbliżającej się Ery Wodnika. By nie popaść w „wisielczą gigantomanię” schodzę na twardy grunt – na Ziemię, po której stąpam.

Wisiałem wiele razy, podobnie jak inni ludzie. Pierwszy raz powiesili mnie za nogę rodzice, którzy namówili mnie do podjęcia nauki w szkole, która w tym czasie była „modna”, obecnie używa się określenia – „na topie”. Wisiałem przez dziesięć miesięcy, do końca roku szkolnego. To był „przedsmak” tego, co miało nastąpić w niedługim czasie. Zmieniłem swój stan cywilny [ładnie brzmi]. Początkowo nie zdawałem sobie sprawy, że zakładam sobie pętlę na nogę, że będę wisiał na niej przez wiele, wiele lat. Początkowo mnie to bawiło, ale po kilku latach czułem się skrępowany jak w gorsecie, który ograniczał moje ruchy. Największą karą dla zodiakalnego Lwa, jest pozbawienie go swobody, niezależności. Czy ktoś widział pogodnego lwa w klatce? Trzymając w ręku nóż, wahałem się – użyć go, czy czekać?  Po raz drugi spotkałem się z oporem ze strony matki, która [przypuszczam] wisiała przez całe swoje bardzo długie życie. Odciąłem się po …dziewiętnastu latach. Pomogła mi w tym pewna osoba, bez której być może bym „dyndał” jeszcze długo. Całkowicie, zupełnie odciąłem się od poprzedniego związku niespełna dwa miesiące temu, kiedy dokonałem rytualnego unicestwienia pewnych przedmiotów, które do tej pory posiadała [strzegła ich] moja Matka. Używając metafor, powiem, że po dziewiętnastu latach, kiedy przy pomocy wspomnianej osoby, odcięliśmy sznur, na którym wisiałem, stanąłem na nogach, na twardym gruncie, z pewnym, ale… Na nodze pozostał węzeł, z którym chodziłem przez kolejne dwadzieścia sześć lat [!]. Chociaż ten węzeł mnie nie uwierał, ale psychicznie przeszkadzał. Ten długi akapit, to w skrócie historia pewnego Powieszonego, który po wielu latach „dyndania”, stąpa mocno po Ziemi. Kończąc ten bardzo osobisty wątek mojego życia, pragnę z tego miejsca powiedzieć, że: Małżeństwo to nie składka emerytalna, którą musimy odkładać przez wiele lat.


Błędy życiowe, to jedna z przyczyn, że przyjmujemy pozycję powieszonego, ale bez nich nie byłoby rozwoju. Stąd powiedzenie, że człowiek uczy się na błędach. Jest wiele innych powodów, które składają się na to, że przyjmujemy pozycję z Dwunastego Wielkiego Arkanu Tarota, często od nas niezależnych, na co nie mamy wpływu.

Dwunasty Wielki Arkan Tarota, oprócz bardzo wielu znaczeń, jest typową kartą, która określa osobę, która przechodzi tzw. kryzys wieku średniego. Szczególnie dotyka on mężczyzn, co nie znaczy, że kobiety są zupełnie od niego wolne. Tym terminem określa się osoby, które osiągnęły stabilizację zawodową, których dzieci opuściły dom rodzinny, których mieszkanie jest wyposażone we wszelkiego rodzaju luksusy. Przypominają one Cesarza z Tarota Wiktoriańskiego, którzy podobnie jak on, są pewni siebie, podobnie jak Cesarz – odpoczywają. On po ciężkiej walce, oni po pracy. Siadają w wygodnym fotelu i mówią: Osiągnąłem wszystko, czego pragnąłem. Co dalej mam robić? Jaki jest sens dalszego życia?  Jest to okres, który muszą przetrwać – trochę powisieć, by ostatecznie doznać oświecenia. Na zakończenie przypominam, że archetypem omawianego arkanu jest właśnie...  OŚWIECENIE. Bardzo dobry temat do medytacji.

Ez[o]  

niedziela, 12 lutego 2012

Zimowe powroty


Minioną niedzielę, 5 lutego z kolegą Stasiem spędziliśmy w Czarnowie. Na moim blogu, w artykułach pod wspólnym tytułem „Powiew Hinduizmu”, pisałem czterokrotnie o tej niezwykłej miejscowości. A dlaczego niezwykłej, o tym za chwilę.  Poniżej zamieściłem mapkę, na której jest zaznaczona trasa z Wałbrzycha [A] do Czarnowa [B], która liczy niewiele ponad 36 kilometrów. Kiedy spytamy mieszkańca Wałbrzycha, gdzie znajduje się Czarnów, zamiast odpowiedzi zobaczymy charakterystyczne wzdrygnięcie ramionami, bądź rozbrajające wyznanie – „nie wiem, nie słyszałem o takiej miejscowości”. Często Czarnów jest mylony z Czadrowem, który znajduje się także koło Kamiennej Góry [zaznaczony na dole mapki].

Droga przebiega w terenie górzystym, co może stanowić atrakcję turystyczną, szczególnie, gdy pokonujemy ją na rowerze. Zachęcam do jazdy rowerem! Dosyć trudny, chociaż niezbyt długi, bo liczący niespełna 3 kilometry, jest odcinek między Lubominem a Jabłowem, ponieważ cały czas „góra trzyma” – jak to mówią kolarze. Jestem starszy od Stasia o sześć lat, dlatego jadąc z Nim nie trzymam jego koła – po prostu noga słabiej podaje. Na „przegibce” – na grzbiecie wzniesienia, czeka nagroda – widać stąd wierzchołek Śnieżki. Dojeżdżając do Kamiennej Góry, czeka nas następna miła niespodzianka – piękny widok - panorama Karkonoszy z widoczną jak na dłoni Śnieżką, a w dole miasto. Ostatni odcinek trasy z Pisarzowic do Czarnowa, to sprawdzian kondycji, ponieważ cały czas jedziemy po wzniosie – pod górę, 3,8 kilometra. Dodatkowym utrudnieniem jest zła nawierzchnia, miejscami wręcz fatalna, co dla jadącego rowerem szosowym jest dodatkowym utrudnieniem. Rekompensatą za wysiłek, są piękne widoki, tak charakterystyczne dla Gór Izerskich. W ten oto sposób dotarliśmy do Czarnowa, a tym samym - kończę turystyczny opis trasy Wałbrzych - Czarnów.  Jest wiele innych dróg łączących te miejscowości, może są bardziej malownicze, ale wybrałem najkrótszą. 

Kilka słów o samym Czarnowie. Jest to wioska położona dość wysoko, wciśnięta między górami. Można powiedzieć, że Czarnów jest bazą wypadową w Rudawy Janowickie z ich najwyższym szczytem – Skalnikiem. Główny węzeł szlaków turystycznych znajduje się przy schronisku „Czartak”. Wyruszając z Czarnowa prawie wszędzie jest „pod górę”, oprócz zjazdu w kierunku Pisarzowic.
Mieszkańcami Czarnowa są głównie, a może przede wszystkim wyznawcy hinduizmu, [bhaktowie], którzy stanowią społeczność, która jest dobrze traktowna przez mieszkańców sąsiednich wiosek. Jedynie księża, co jakiś czas wprowadzają trochę zamieszania, np. głosząc z ambony, że bhaktowie częstują swoich gości narkotykami i nakłaniają do przejścia na ich wiarę. W Czarnowie istnieje gospodarstwo ekologiczne, które prowadzą mnisi Hare Kriszna i bhaktowie. Każdy turysta może zamieszkać na farmie i spróbować potraw wegetariańskich. Znajduje się tam świątynia – aśram, miejsce kultu hinduizmu. 

Na czym polega niezwykłość Czarnowa? Przede wszystkim jest to jedno z nielicznych miejsc na Dolnym Śląsku, gdzie powietrze jest kryształowo czyste. Panuje tu niezmącony spokój, cisza, która dla przebywających po raz pierwszy, chwilami jest „nie do zniesienia”, o czym przekonałem się na sobie. Nie ma tu ani jednej lampy ulicznej, co dla przeciętnego mieszczucha jest rzeczą niewyobrażalną. Wieczorami panują tu przysłowiowe „egipskie ciemności”. Nieba nie zakłócają żadne światła, dlatego wystarczy podnieść głowę do góry i już jesteśmy w … planetarium. Dopiero tu przekonałem się jak wiele satelitów i samolotów porusza się po niebie. Zdarzyło mi się, kilka razy, że patrząc w rozgwieżdżone niebo, straciłem poczucie upływającego czasu – takich medytacji nie możemy doświadczyć w domowych warunkach. O tym pisałem wiele razy, przy różnych okazjach. Jeśli ktoś na farmie oczekuje klimatyzacji, czy wygodnego łóżka – zawiedzie się. Panują tu warunki raczej spartańskie. Śpi się na piętrowych łóżkach, które wyglądem przypominają leżanki, jakie możemy zobaczyć w gabinetach lekarskich. Wyposażenie pokoi jest bardzo skromne. W miarę możliwości, przyjeżdżam tu by wyciszyć się, pomedytować, pochodzić po górach, spotkać się z dobrymi ludźmi – mnichami, którzy są otwarci, szczerzy, niezwykle uduchowieni. Jest jakaś tajemnicza siła, która niczym magnes przyciąga do Czarnowa. Kończę ten wątek ezoterycznie. Nie wiem, czy dostatecznie wytłumaczyłem, na czym polega niezwykłość tej miejscowości. Myślę, że wielu z nas ma swoje niezwykłe miejsca, ale o nich nie mówi.
ß

Powracam do ostatniej niedzieli. Często korzystam z dobrodziejstw Stanisława – posiada auto, którym zimą porą jeździmy na wypady „w plener”. Przyznam się, że nigdy nie miałem samochodu i najprawdopodobniej go mieć nie będę. W niedzielę pogoda dopisała. Chociaż rano trochę sypnęło śniegiem, co trochę nas zaniepokoiło, czy dotrzemy do celu. Po przejechaniu Pisarzowic zobaczyliśmy prawdziwą zimę - śniegu około 60 centymetrów, a miejscami jeszcze więcej. Stanisław był przewidujący – zabrał ze sobą plastikową szuflę, która okazała się potrzebna. Musieliśmy odrzucić trochę śniegu, by zaparkować auto przy farmie tak, by zostawić miejsce na inne auta, którymi zjeżdżali się goście. Z plecakami z ciepłą herbatą w termosach i kanapkami ruszyliśmy w góry. Dotarcie na Skalnik było możliwe, ale nie mogliśmy sobie na to pozwolić, ponieważ mieliśmy zbyt mało czasu. Poszliśmy w kierunku Rędzin, a później pod „Czartak”. Dla odmiany, by nie wracać tą samą drogą, postanowiliśmy zejść do Czarnowa „na krechę” – według azymutu, nie zważając na dużą ilość śniegu. Było ciekawie. Schodziliśmy bardzo ostrożnie, brnąc w śniegu po kolana. Zamieszczam kilka zdjęć z Gór Izerskich, które okazały się dla nas gościnne – szczęśliwie wróciliśmy do Czarnowa.

ß



Za mną widoczna farma i świątynia. 

          Stanisław w drodze na „Czartak”.

                             Za moimi plecami schronisko „Czartak”.     

Stasiu odpoczywa na... zaspie.    

ß 


Pobyt w świątyni. Po powrocie z gór, przebraliśmy się, by wziąć udział w uroczystościach w świątyni, z okazji rocznicy pojawienia się Pana Nityanady. Jest to jedno z ważniejszych świąt obchodzonych przez wyznawców Pana Kriszny. 

Wiele razy wyjaśniałem, że nie jestem bhaktem (wyznawcą hinduizmu), a jedynie sympatyzuję z Tymi Ludźmi, którzy mają w sobie wiele ciepła, empatii. Przebywanie wśród Nich jest czystą przyjemnością, przeżyciem duchowym. Znamy się wiele lat, ale NIGDY ze strony żadnego z bhaktów nie padło słowo, które by mogło sugerować, dawać mi do zrozumienia, bym „przyjął ich wiarę”, co w przypadku Świadków Jehowy jest zjawiskiem spotykanym dość często.  

Kiedy weszliśmy do świątyni, uroczystości trwały już ponad godzinę. Wysłuchaliśmy wykładu, którego treść okazała się dość uniwersalna, ponieważ traktowała o ludzkich słabościach, braku konsekwencji w działaniu i wynikających z tego problemach. Po wykładzie nawiązała się dyskusja, która trwała dość długo.
Warto zwrócić uwagę na różnice w sposobie, formie przekazu treści kazań głoszonych przez kapłanów w kościele katolickim, a prowadzonymi wykładami w aśramie (świątyni hinduskiej). Spójrzmy na kartę Arcykapłan’a – Piąty Wielki Arkan Tarota. W większości tali, przedstawia ona hierarchę kościelnego, który stoi wyżej, ponad swoimi słuchaczami. Tak jest w Kościele. Po kazaniu ksiądz dziękuje wiernym, że zechcieli wysłuchać tego, co miał im do przekazania. Od samego początku istnienia, Kościół miał monopol na wiedzę. Przekazuję, pouczam a wy macie mnie słuchać i przestrzegać przykazań. Nie ma miejsca na dyskusję. Czy jest to złe? Nie wiem. W aśramie słuchający i prowadzący wykład siedzą na podłodze, są na tym samym poziomie. Taki drobiazg, ale jakże istotny od strony ezoterycznej, na który nie wszyscy zwracają uwagę. Po wykładzie, a nawet w jego trakcie słuchacze mogą zadawać pytania, zgłaszać uwagi, ponieważ jest to wykład a nie kazanie. Zdarza się, że prowadzący zwraca się do słuchających, by ci podpowiedzieli mu w jakiejś kwestii. Może ktoś powiedzieć, że prowadzący nie jest przygotowany do przekazu. Nieprawda, nikt nie jest omnibusem, a korzystanie z podpowiedzi jest rzeczą normalną. Jezus nauczał będąc między swoimi uczniami.. Myślę, że nie stawał na podwyższeniach (ambonach), które nie były Mu potrzebne.

Później dzieci czytały napisane przez siebie wiersze i opowiadania związane z pojawieniem się Pana Nityanady. Przy okazji dowiedziałem się, kim był Nityanda. Następnie odbył się kirtan -  intonowanie głównej mantry, czyli maha mantry połączone z tańcem. I jak zwykle, na zakończenie -  uczta wegetariańska. Nie będę się rozpisywał na temat potraw, które spożywaliśmy. Chcę jedynie przypomnieć, że wszystkie potrawy są przygotowywane i ofiarowane w pierwszej kolejności Bogu, a dopiero później spożywane, jako tzw. prasadam. Spożywanie potraw to nie tylko uczta dla ciała, ale także dla ducha.

Poniżej przedstawiam zdjęcia i dwa filmiki. Pierwszy to krótki fragment wykładu, o którym przed chwilą wspominałem.  Natomiast drugi to (także fragment) kirtanu.

Dzieci czytające wiersze i opowiadania.

Mnisi przygotowujący potrawy na ucztę.


Filmiki
Fragment wykładu.

Kirtan

ß

Wieczorem, kiedy kładę się na łóżku, dokonuję „podsumowania dnia”. A, jaki był ten dzień? Myślę, że dobry. Ze Stasiem pochodziliśmy „po górkach”, dotleniłem organizm, który od kilku dni domagał się tego. Przez kilka godzin przebywaliśmy wśród przyjaznych ludzi, którzy swoją dobrocią i optymizmem zarażają innych. Smakowaliśmy wielu potraw, których, na co dzień nie jemy. W tą niedzielę, na górskim szlaku spotkaliśmy jedną osobę! To nie pomyłka – jedną. Widzieliśmy trochę ludzi na stoku narciarskim i przy sklepach spożywczych w Kamiennej Górze i Pisarzowicach. Wiem, że wiele ludzi - całymi rodzinami, w niedzielę odwiedza markety, gdzie oprócz zakupów, niejako przy okazji jedzą pseudo-obiad. Ich wybór, ich czas, który mogą wykorzystywać według własnych „upodobań”.

Przytoczę słowa Pani Karoliny Myss:
„Biografia jest biologią”.
Niech będą one myślą przewodnią tego posta.

Ez[o]

Ponieważ nagrany przeze mnie filmik kirtanu okazał się zbyt długi – 192 MB, został odrzucony podczas tworzenia tego posta.  Zamieściłem film i dwa zdjęcia ze strony http://www.harinam.pl/ .  

wtorek, 7 lutego 2012

Komu to wszystko służy?


Od 24 stycznia, niemalże cała Polska żyje śmiercią sześciomiesięcznej Madzi z Sosnowca. Tzw. media, codziennie donoszą o nowych szczegółach prowadzonego śledztwa przeciwko matce. Nie będę się o nich rozpisywał, ponieważ telewizja relacjonuje je z niezwykłą dokładnością, można by rzec – z nadgorliwością.

Chcę poruszyć jeden wątek, który mówiąc szczerze, trochę zaczyna mnie irytować. Staram się być tolerancyjny, ale nie zawsze i do końca jest to możliwe. Po kilka razy dziennie w telewizorze można obejrzeć „obrazki” z miejsca, gdzie matka ukryła ciało swojej sześciomiesięcznej córki. Być może, to, co pokazują kamery, a ściślej mówiąc kamerzyści, realizatorzy, może dla kogoś wydawać się rzeczą normalną, ale nie dla mnie. Codziennie „tabuny” ludzi, – bo inaczej nie mogę tego określić – dokonują pielgrzymek do tego, szczególnego miejsca. Wiem, że swoją wypowiedzią mogę narazić się niektórym osobom, ale to jest najmniejszy problem. Ważniejszą kwestią jest to, co dzieje się przy ruinach, nie do końca rozebranego budynku – miejscu gdzie znaleziono ciało dziecka. Chciałoby się zapytać: Ludzie, czego tu szukacie, co was tu sprowadza, co chcecie wyrazić swoją obecnością. Z pewnością, część osób przychodzi w to miejsce w dobrej wierze, kierując się szlachetnymi odruchami – zgoda. Palenie zniczy w tym miejscu jest jak najbardziej wskazane, ze zrozumiałych względów, ale przyczepianie kartek, na których można przeczytać słowa obraźliwe, wręcz wulgarne, pod adresem matki – sprawczyni tej tragedii, jest świadectwem, które wystawiają sobie ich autorzy. Skąd w ludziach tyle nienawiści, wręcz szowinizmu? Można dostrzec inne teksty - pełne bólu, żalu z powodu tej tragedii. Dziennikarze podchodzą do ludzi i zadają im różne pytania. Słyszałem na własne uszy jak grupa kobiet, niemal z pianą na ustach już tu, na miejscu wydała wyrok na sprawczynię tego czynu. Przytaczanie słów, jakie tam padły, byłoby nie na miejscu.

Tej małej, nieżyjącej Madzi już nie są potrzebnie pluszowe misie i inne zabawki, których jest tu niezliczona ilość i przybywa ich nadal. Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że rodzice idą tam, ze swoimi, małymi dziećmi. Jestem pewien w stu procentach, że to miejsce nie jest dobre dla nikogo, a dla dzieci w szczególności. Tata, czy mama powinna wiedzieć, że najlepszym miejscem na spacery z dzieckiem jest park, może las, ale w żadnym wypadku nie miejsca, gdzie wydarzyła się tragedia, ani też cmentarz. Osobiście w sposób delikatny reaguję, kiedy widzę spacerującą po cmentarzu matkę z dzieckiem.

To, co się stało 24 stycznia w Sosnowcu jest dramatem dla wielu ludzi, głównie rodziny.  Ale nie zapominajmy, że jest to także osobisty dramat sprawczyni tego czynu, która nie dorosła do roli matki. Potępiam ją, ale częściowo usprawiedliwiam. „Ukrytych” sprawców jest więcej, chociażby jej rodzice, którzy nie dali jej dobrego przykładu – jak żyć, nie okazywali jej serca, co wynika z dziennikarskich relacji.   

W niedzielę, wieczorem słyszałem w telewizorze, jak psycholog powiedział rzecz pierwszorzędną, dotyczącą tego miejsca. Zaproponował, żeby po całym, trwającym obecnie „szaleństwie”, rozebrać resztki murów i splantować teren, gdzie było ukryte, zbeszczeszczone ciało.


Zadałem pytanie: Komu to wszystko służy? Odpowiadam – nikomu, chociaż... 

Znaczna grupa ludzi, którzy przychodzą w to miejsce, to osoby, które chcą, chociaż przez chwilę zaistnieć w telewizji – chcą by ich pokazano. Nie jestem gołosłowny. Wystarczy popatrzeć jak niektóre osoby, tam przebywające, przepychają się do przodu – przed kamerę. Oczywiście, część z nich, jak wspomniałem na wstępie, przychodzi, kierując się potrzebą serca. Zaproponowałbym ludziom tam gromadzącym się, żeby swoje szlachetne odruchy wykorzystali tam, gdzie są one naprawdę potrzebne. Wystarczy iść na cmentarz, by zobaczyć całe masy zaniedbanych, opuszczonych grobów. Lepiej byłoby, żeby misie i inne zabawki, zamiast leżeć w tym smutnym miejscu, do tego na gruzach, trafiły w ręce dzieci, które ich pragną do zabawy. Wiem, że łatwiej zapalić znicz i położyć zabawkę na grobie, niż zadbać o żywe dzieci. Niektórzy ludzie w ten sposób tłumią własne sumienia, których tak naprawdę nie da się oszukać. To nie tędy droga!

Osobną kwestią, jest rola, jaką w poszukiwaniu zaginionej dziewczynki odegrał pan Rutkowski, który podaje się za detektywa, a tak naprawdę nim nie jest. Jest to człowiek, który goni za „mamoną” i jest żądny sensacji. Robi wokół swojej osoby wiele medialnego szumu, uważając policję za nieudaczników. Wytoczył ciężkie działa przeciw policji. Myślę, że tym razem przegra nie tylko bitwę, ale całą wojnę. 

Ez[o] 

niedziela, 29 stycznia 2012

Psia dusza i nie tylko...


Różnica miedzy ludzkością a niższymi zwierzętami
nie jest wielka.
Masy ją ignorują, lecz ludzie szlachetni kultywują.
                                                               Meng-tsy, IV, 2-19




Ostatnia moja lektura i zjawiska, jakich doświadczam, skłoniły do napisania tego posta. Zamierzam podjąć temat traktujący o duszy, ale w sposób odbiegający od ogólnie przyjętych norm, tzn. nie będzie to elaborat, pełen zwrotów naukowych, które zwykliśmy czytać w literaturze „fachowej”. Temat niezwykle ciekawy, do końca niezbadany – budzący wiele wątpliwości. Prawdopodobnie takim pozostanie jeszcze bardzo długo, a być może nigdy do końca nie zostanie wyjaśniony. W religii katolickiej kwestie związane z duszą są jednoznaczne i stanowią jeden z dogmatów, na które monopol posiada Kościół i… tylko Kościół. O dogmatach się nie dyskutuje! I słusznie. Dlatego prościej i bezpieczniej „rozprawiać” o duszy w ujęciu filozoficznym, traktując ją (duszę), jako pierwiastek życia człowieka, zwierzęcia, czy chociażby rośliny.

Psycholodzy też nie są jednoznaczni, kiedy przychodzi wypowiedzieć się na temat duszy. Zdecydowana większość z nich twierdzi, że duszę posiada tylko człowiek, natomiast istoty będące na niższym poziomie ewolucji – zwierzęta, czy rośliny – jej nie posiadają, chociaż są one bytami ożywionymi. Kiedyś, może nie do końca, ale podzielałem ten pogląd, uznawałem, że człowiek, jako istota duchowa ma prawo czuć się bardziej pewnie i komfortowo niż wspomniane zwierzęta. Dzisiaj uważam, że jest to zwykły egoizm gatunku ludzkiego. Niezależnie od ścierających się poglądów dotyczących, kto lub co posiada duszę,

nauczymy się żyć w pełnej symbiozie
ze wszystkimi istotami,
które dzielą z nami nasz wspólny dom – Ziemię.

Człowiek, jako istota będąca na wyższym stopniu ewolucyjnym, ma wręcz obowiązek dbać o nie, troszczyć się – zapewniać im odpowiednie warunki. Być może brzmi to jak hasło utopisty, kiedy popatrzymy na barbarzyństwa, jakich dopuszczają się ludzie, którzy maltretują i zabijają bezbronne zwierzęta, a przyrodę traktowaną jak globalny śmietnik.

Dziś, kiedy moja wiedza na temat duszy jest poszerzona, głębsza, zaczynam postrzegać „świat niższych istot” zupełnie inaczej. Być może, a w zasadzie prawie pewnym jest, że na zmianę osobistych poglądów wpłynął mój przyjaciel – Helios. Kto to taki? Odpowiedź wyniknie z dalszej treści tego posta. Helios trafił pod nasz dach – stając się pełnoprawnym członkiem rodziny. Była to moje świadoma decyzja, którą poprzedziły rozmowy z żoną. Na temat odpowiedzialności, jaka spoczywa na opiekunach zwierząt, można byłoby dużo powiedzieć, ale… pozostawiam tą kwestię bez komentarza 

Przebywanie z Heliosem prawie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, stało się dla mnie czymś w rodzaju studium traktującym o więzi, wzajemnym przywiązaniu człowieka z „czworonożnym przyjacielem”. Nie czuję się jego „panem” – uznaję go za partnera, co obliguje mnie do tego, żeby nie wymuszać na nim posłuszeństwa, które kojarzy się z poddaństwem, podporządkowaniem. W chwili, kiedy piszę te słowa, Helios śpi przy mnie. Nie na darmo, mówi się o kimś, że jest wierny jak pies. Jak do tej pory nie słyszałem, żeby ktoś użył określenia – jest wierny jak człowiek. Wiem, że z chwilą, kiedy wyłączę komputer, Helios obudzi się i pójdzie na swoje miejsce odpoczynku. Być może się mylę, ale uważam, że ma On duszę, podobnie jak jego pobratyńscy. Zgodnie z wierzeniami Hindusów, ludzka dusza może zejść [zdegradować się] na niższy poziom, wcielając się w ciało zwierzęcia, bądź też przyjąć postać rośliny. Trudno nie zgodzić się z argumentami, prezentowanymi przez Hindusów, którzy degradację duszy upatrują w naszych słabościach, takich chociażby jak skłonność do nadmiernego spożywania mięsa, co może doprowadzić do tego, że w następnym życiu, (wcieleniu) człowiek będzie  pieskiem. Jest rzeczą oczywistą, że taka argumentacja ma swoje źródło w religii - hinduizmie, gdzie większość jego wyznawców to wegetarianie. Nie zapominajmy, że w religii katolickiej, kapłani straszą swoich wiernych piekłem, które po śmierci ma być ich  karą za grzechy popełnione na Ziemi. Kościół, w ten dość prymitywny sposób podporządkowuje swoich wiernych do poddaństwa, które nie ma w sobie cech partnerstwa – równego traktowania. W tym miejscu, tarociści bez wahania wskażą Piąty Wielki Arkan – Arcykapłana, jako kartę, która odzwierciedla to, co przed chwilą zostało przeze mnie powiedziane. 

Czy Helios jest przykładem zdegradowanej ludziej duszy? Nie wiem i być może lepiej, że nie mam takiej wiedzy. Wiem natomiast, że kiedy zabraniam mu pewnych rzeczy – głęboko wzdycha i litościwie patrzy mi w oczy. Nastrój, aura panująca w mieszkaniu wpływa na jego zachowanie, na jego psychikę. Każdy wie, że słowo psychika pochodzi od greckiego psychedusza.  Kiedy mówimy o psychice zwierząt (nie tylko psów), można dojść do wniosku, że mają one duszę. Być może taka argumentacja jest prymitywna, ale uważam, że nie jest pozbawiona sensu. Mam w swojej domowej bibliotece książkę, której autorką jest Jan Fennell zatytułowaną ZAPOMNIANY JĘZYK PSÓW, którą koniecznie powinni przeczytać wszyscy opiekunowie Canis familiaris (psa domowego). Być może po tej lekturze, większość ludzi, by spojrzała na psa z innej – lepszej strony, a problem porzuconych i maltretowanych psów, może by nie zniknął, albo przynajmniej by radykalnie się zmniejszył.

Jak pierwszorzędną kwestią jest okazywanie uczuć, posłużę się przykładem. Fryderyk II (1191-1250), król Sycylii i niemiecki cesarz przeprowadził „eksperyment”, który można by nazwać „dziełem szatana”. Z domu podrzutków wziął 50 niemowląt, każdemu z nich przydzielił opiekunkę, która miała zapewnić im podstawowe potrzeby – mycie, karmienie, ubieranie. Opiekunki miały zakaz okazywania wszelkich uczuć i odzywania się do swoich podopiecznych – niemowląt. Efekt tego „eksperymentu” okazał się tragiczny w skutkach. Żadne z dzieci nie potrafiło mówić, bawić się ani pracować, nie umiało cieszyć się ani myśleć. Ponoć wszystkie dzieci skarłowaciały i żadne z nich nie dożyło wieku dorosłego. Podejrzewam, że „pomysłodawca” by się nie odważył na powtórzenie tego pseudo-eksperymentu. Przykład ten świadczy, jak olbrzymią rolę odgrywa okazywanie uczuć – jest niezbędne dla prawidłowego rozwoju człowieka i nie tylko – także zwierząt, a nawet dla prawidłowego wzrostu roślin,  o czym doskonale wiedzą miłośnicy flory. Może to komuś wydawać się co najmniej dziwne, ale osobiście uważam za prawdziwe.  Opiekunowie zwierząt powinni swoim podopiecznym okazywać uczucia i mówić do nich, a one z pewnością odwzajemnią się w podobny sposób. Koniuszy w stajni usłyszy  rżenie, kręcący się po mieszkaniu kot zamiauczy i będzie łasił się, podobnie pies – głośnym szczekaniem przywita powracającego z pracy lokatora. 

Na zakończenie „psiego wątku” chcę przypomnieć, że Nils-Olof Jacobsen – szwedzki lekarz dokonał pewnego eksperymentu. Zważył ciało umierającego człowiek i dokonał powtórnego ważenia po śmierci. Zauważył, że ciało po śmierci ważyło 21 gramów mniej. Podobno inni lekarze, w ślad za Szwedem - powtórzyli ten eksperyment. Wynik był taki sam – spadek 21 gramów. Uznali, że właśnie tyle waży… ludzka dusza. Dokonano ważenia duszy kota – 100 gramów, a myszy – 3,5 grama. Źródła nie podają wagi duszy psa, ale można przypuszczać, że wynosi ona około 100 gramów – podobnie jak wspomnianego kota.   

Odbiegam trochę od tematu posta – duszy sensu stricte. Mówi się, że stare meble mają duszę. Można powiedzieć, że coś w tym jest. Właśnie owe „coś”, o czym nie wszyscy wiedzą, a ci natomiast, którzy posiedli tą wiedzę – zapominają lub ją lekceważą. Według mnie zbrodnią można nazwać sytuację, kiedy ludzie wyrzucali „na śmieci” stare meble i inne ręcznie wykonane przedmioty. Pamiętam czasy, kiedy ludzie rąbali siekierami stare szafy, kredensy i inne meble, które służyły, jako opał do pieców. Celowo użyłem czasu przeszłego, ponieważ dla „współczesnego” człowieka starocie, to cenne przedmioty, za którymi uganiają się kolekcjonerzy, którzy są gotowi zapłacić za nie duże pieniądze.  Samo słowo „antyk” jest niezwykle nośne, kojarzy się z przedmiotem, który został ręcznie wykonany. Podczas procesu tworzenia (np. mebla), stolarz – mistrz, działa na różnych planach energetycznych, głównie na planie eterycznym. Ów artysta (tak, artysta!) najczęściej swoje dzieło tworzy z pasją, z oddaniem. Rodzaj użytego drzewa też jest niebagatelny, ba, nawet miejsce gdzie ono rosło, odgrywa ważną rolę. Nietrudno zauważyć, że w tekście powtarza się słowo „energetyka”, która jest duszą mebla. Obecnie kupowane w sklepach meble, to masowa produkcja, wykonywana przez „bezduszne” automaty, stąd trudno w nich dopatrywać się duszy.

Kilka razy byłem świadkiem - widziałem jak człowiek przed budynkiem, siekierą niszczył stare meble, które jeszcze przed godziną  były mu przydatne. Z chwilą kupna nowych, stare zostały brutalnie potraktowane. Jest to bezmyślność i głupota. Człowieku! Opanuj się! Mogą one komuś służyć jeszcze przez wiele lat. Poza tym, z ezoterycznego (magicznego) punktu widzenia, niszczenie to źródło złych wibracji, które zakłócają równowagę energetyczną, powodują chaos, którego, na co dzień mamy w nadmiarze. 



Zacząłem tego posta cytatem Meng-tsy’ego, a zakończę słowami Stanisława Jerzego Leca:

Nie wiem, czy wierzę w duszę, ale na pewno w bezduszność.

Ez[o]