środa, 24 sierpnia 2011

Wahadło - więcej niż narzędzie


Mój pierwszy kontakt z wahadłem miał miejsce ponad czterdzieści lat temu. W pierwszej dekadzie lat siedemdziesiątych, kiedy pracowałem w drukarni technicznej, miałem przyjemność współpracować z panią Jolą – redaktorem technicznym w PWN. Pewnego dnia przyszła do drukarni nie tylko z naniesioną korektą powstającej książki, ale miała też ze sobą dużą krawiecką igłę z czarną nitką. Powiedziała, że przy pomocy tej igły może przepowiedzieć ile będzie i ile jest dzieci w rodzinie oraz ich płeć. Zabieg był niezwykle prosty. Igła umieszczona między kciukiem a palcem wskazującym, niejako sama zaczynała wykonywać ruch obrotowy – wskazywał dziecko płci żeńskiej, natomiast wahadłowy – oznaczał dziecko płci męskiej. Okazało się, że wszystkie próby „eksperymentu” z igłą, były trafne. Już na drugi dzień, nikt o nim nie wspominał – wszyscy potraktowali go, jako zwykły epizod.

Dopiero w Wałbrzychu, prawdopodobnie osiemnaście lat temu, miałem przyjemność poznać radiestetę – amatora, który z wahadłami „eksperymentował” od wielu lat. Mógł on pochwalić się wieloma osiągnięciami, co potwierdziło wiele osób, które korzystały z jego usług. Ten pan – dobrze pamiętam – przyjął mnie bardzo serdecznie. Jeden z pokoi przeznaczył na pracownię, do której nie wszyscy mieli wstęp. Nie miał przede mną tajemnic, wręcz przeciwnie – starał się przekazać mi jak najwięcej informacji i praktycznych wskazówek, które dotyczyły pracy z wahadłami. Zawsze staram się słuchać innych, mądrych ludzi, którzy mają mi coś do przekazania. Kilkugodzinny pobyt w tej pracowni, uświadomił mi, jak wiele korzyści możemy odnieść, wykorzystując radiestezję, a z drugiej strony – ile stwarza ona zagrożeń, kiedy zlekceważymy zasady BHP. Pamiętam, że w tej pracowni wszystkie wahadła [było ich bardo dużo] znajdowały się w dwóch szafach, których ściany w środku były wyłożone specjalnymi ekranami, mającymi na celu izolowanie energii, by ta nie przenikała na zewnątrz. Być może się mylę, ale z pespektywy lat, wydaje mi się, że tak drastyczne środki bezpieczeństwa, jakich użył ten pan, były nieco na wyrost.  

W Internecie, każdy może znaleźć dziesiątki stron, które traktują o wahadełkach. Nie jest moim zadaniem ich ocena, ale tak jak ze wszystkim – są strony tzw. lepsze i gorsze. Chociaż, wydaje mi się, że tych drugich jest jest znacznie więcej. Na nich możemy głównie zobaczyć oferty sprzedaży różnego rodzaju wahadełek, w różnych cenach. Najczęściej sprzedający, na swoich stronach, oprócz ceny wahadła, podają także krótkie ich opisy. Chociaż nie wszyscy, ale większość z nich, w tych opisach umieszcza ostrzeżenia, które mają uchronić ewentualnych nabywców przed napromieniowaniem, jakie emitują niektóre z wahadeł.

Jednak niektórzy internetowi sprzedawcy traktują wahadła jak pospolity towar, jak przysłowiową pietruszkę - liczy się dla nich tylko zysk ze sprzedaży. Dla mnie nie jest do przyjęcia sytuacja, kiedy poniżej charakterystyki wystawionego do sprzedaży wahadła, podawany jest tekst, który jest "instrukcją" jego użycia! To żywcem przypomina mi przepis gotowania (często obrazkowy), jaki możemy spotkać na torebce z chińską zupą.  

Niezbyt przychylnym okiem patrzę na różnego rodzaju gadżety, które są wahadełkami wykonanymi przeważnie z kolorowego szkła, zawieszonymi na metalowych łańcuszkach (?).Jakiś czas temu, w pobliskim Szczawnie Zdroju, uliczny sprzedawca miał na swoim kramie całą ich kolekcję. Kiedy zapytałem go, do czego one służą, odpowiedział wprost, że należy je traktować jako pamiątkę z pobytu w kurorcie. Oczywiście niektóre z nich, zbiegiem okoliczności, mogą okazać się bardzo przydatne, jako narzędzie radiestezyjne.  

Pozostawiam gadżety na boku, by skupić się na wahadłach „z prawdziwego zdarzenia”. Mają one bardzo różne kształty i wielkości, są wykonywane z różnych materiałów. Nietrudno domyśleć się, że mamy bardzo dużą ich różnorodność, a każde służy określonym celom, chociaż część z nich posiada wspólne właściwości. Do czego możemy wykorzystać wahadło? Odpowiedź wyczerpująca zajęłaby zbyt wiele miejsca, dlatego ograniczę się tylko do niektórych dziedzin, w których ono może być wykorzystane, i tak między innymi: do identyfikacji stref zagrożeń dla życia i zdrowia człowieka, do wykrywania żył wodnych i mierzenia ich parametrów, do prognozowania pogody, do diagnozowania poszczególnych czakr i meridianów, do określania olejków eterycznych, jakie są przydatne dla organizmu, do badania niedoborów witamin i mikroelementów, badania ciśnienia krwi, do komponowania mieszanek ziołowych, do określania najkorzystniejszych technik medytacyjnych, do określania rodzaju obecnej karmy, do badania reinkarnacji [poszczególnych wcieleń], do różnego rodzaju badań astrologicznych. A ponadto: jako wykrywacz kłamstw (tak! To nie pomyłka), możemy za pomocą wahadła odróżnić złoto od tombaku, zwykłe szkło od kryształu.

Jestem przekonany, że w wielu domach, gdzieś w szufladach leżą bezużytecznie wahadła, które ludzie kiedyś kupili, pobawili się nimi, by po jakimś czasie je odłożyć do lamusa.  Dlatego, zanim podejmiemy decyzję o ich kupnie warto się wcześniej, dobrze zastanowić, czy będą one nam potrzebne, czy będziemy z nich korzystali. I tu rodzi się kolejne pytanie: Czy wszyscy ludzie mogą używać wahadła? Oczywiście, że tak, ponieważ nie wymaga ono jakiś szczególnych predyspozycji, a jedynie jest niezbędna odrobina cierpliwości, wytrwałości oraz siła woli. Nie będę się zagłębiał w techniczne zawiłości związane z „obłaskawieniem” wahadła, ponieważ jest szereg książek, które tego uczą.

Od wielu lat wahadło stało się moim nierozłącznym „towarzyszem”, z którym nie rozstaję się. Będąc w domu leży ono w jednym, określonym miejscu, wraz z krzemieniem pasiastym, który jest moim talizmanem. Za każdym razem, kiedy wychodzę z domu, wkładam do lewej kieszeni w spodniach, obydwa magiczne przedmioty. Wyjeżdżając rowerem – umieszczam je w plecaku. Już kiedyś wspominałem, że kilka razy zdarzyło mi się wrócić do domu, ponieważ przez pośpiech zapomniałem zabrać z domu wahadła. Mówiąc krótko: wahadło stało się częścią mojego ja. Czegoś podobnego doświadczają malarze, którzy z zamkniętymi oczami poznają swoją paletę i pędzle, tarociści czują swoją ulubioną talię kart Tarota. Podobnych porównać można byłoby przytoczyć znacznie więcej. Na niedzielnym spotkaniu w Czarnowie, jedna z uczestniczek kursu Wedanty, pani psycholog, asystentka uczelniana, powiedziała mi, że ciągłe noszenie przy sobie wahadła, jest uzależnieniem. Uważam, że wie, co mówi, ale spytałem ją: Czy nie uważasz, że człowiek, którego pasją są wędrówki po górach, (które też lubię) nie jest uzależnionym, podobnie jak jeżdżący rowerem, czy na nartach? Przyznała mi rację.

Nie będzie przesadą, kiedy powiem, że po wielu latach obcowania z tym samym wahadłem, reaguje ono natychmiast na każde zadane przeze mnie zapytanie. Co jakiś czas sporządzam, modyfikuję już istniejące diagramy diagnostyczne, a ich ilość może być nieskończenie duża  – w zależności od potrzeb. Są gotowe diagramy, które można nabyć w sklepach ezoterycznych. Pierwszą moją zakupioną książką zawierającą diagramy, był Świat wahadełek autorstwa Markus’a Schirner’a, z której korzystam do dnia dzisiejszego. Z diagramów można korzystać mentalnie, wystarczy widzieć je „oczami wyobraźni”. Z czasem praca z wahadłem, staje się prosta i nie nastręcza żadnych trudności. Mimo tego, że

wahadło jest uniwersalnym narzędziem,

jego przydatność jest niedoceniana nie tylko przez ignorantów,
ale także przez większość ludzi z tzw. kręgów „świata nauki”.

Ale to już nie jest mój problem.

Profesjonaliści mają do dyspozycji całe komplety specjalistycznych wahadeł, których użycie wymaga odpowiedniego przygotowania zawodowego, o których amatorzy mogą jedynie pomarzyć. Spośród bardzo wielu wahadeł wybrałem trzy, które obok wahadła uniwersalnego, są najczęściej używane nie tylko przez amatorów, ale także, przez wspomnianych zawodowych radiestetów. Ograniczę się do bardzo skrótowego ich przedstawienia.

Wahadło karnak jest jednym z najbardziej popularnych wśród radiestetów. Krążą o nim różne niesamowite wieści, niemal legendy. Należy ono do tzw. wahadeł egipskich. Istotną rolę w tym wahadle odgrywa jego kształt i waga.  Oryginalny karnak został odkryty w sarkofagu w Dolinie Królów w roku 1930 i prawdopodobnie był wykonany z piaskowca. Waga karnaka wynosi 22 gramy. Kopie tego wahadła powinny być odwzorowane z niezwykłą pieczołowitością, mając na uwadze dokładny kształt, zdobienia, ornamenty i sposób jego zawieszenia. Najwierniejsze kopie tego wahadła wykonuje pracownia pana Józefa Baja. Wahadło to ma bardzo szerokie zastosowane. Ważna uwaga. Wprawione w ruch obrotowy, bez określonego celu, emituje wokół siebie bardzo szkodliwe dla zdrowia promieniowanie zieleni negatywnej, co wymaga od użytkownika, zachowania szczególnego obchodzenia się z nim. Między innymi: bez potrzeby nie powinno wprowadzać się go w ruch obrotowy, nie pracować z tym wahadłem mając za plecami północ, o ile to możliwe po pracy rozkręcać je i obowiązkowo odpromienniowywać.

Wahadło egipskie ozyrys jest najbardziej niebezpiecznym ze wszystkich wahadeł. Zbudowane jest z półkul, co stanowi baterię, która emituje zieleń negatywną o bardzo dużym natężeniu. Często bywa wykonywane z drzewa hebanowego lub bukowego. W radiestezji ma bardzo szerokie zastosowanie, między innymi w terapii schorzeń nowotworowych. Wahadło to wymaga bardzo ostrożnego obchodzenia się z nim, podobnie jak ze wcześniej wspomnianym karnakiem.
Wahadło egipskie izys może jest mniej popularne niż karnak, ale należy do najbardziej bezpiecznych. Tak naprawdę, nie wiadomo, czy pochodzi ono ze starożytnego Egiptu. Swoim kształtem ma symbolizować Krzyż Życia. Jego waga jest cechą drugorzędną, mało znaczącą. Wahadło izys najczęściej jest wykonywane z mosiądzu bądź z drzewa hebanowego. Bateria z czterech płytek ma na celu wzmocnienie promieniowania wahadła, a jest nim kolor biały, który jest składową wszystkich kolorów widma. Wahadło to ma szerokie zastosowanie w radiestezji. Nie wymaga ciągłego rozładowywania ani rozkręcania go po zakończeniu pracy. Od wielu lat jestem posiadaczem takiego właśnie wahadła.  

Czytając te krótkie opisy, łatwo zauważyć, że podczas pracy z wahadłem, bezpieczeństwo odgrywa pierwszorzędne znaczenie. Od „radiestezyjnego BHP” zależy nie tylko nasze zdrowie, ale wpływa ono także na jakość i rzetelność wyników. O tym szerzej można dowiedzieć się z książek, których w sprzedaży jest dość dużo.

Na zakończenie kilka zdań, które mogą kogoś rozczarować. Wcześniej, na zadane samemu sobie pytanie, czy wszyscy ludzie mogą używać wahadła? Odpowiedziałem: oczywiście, że tak, ponieważ nie wymaga ono jakiś szczególnych predyspozycji, a jedynie jest niezbędna odrobina cierpliwości, wytrwałości oraz siła woli. To wszystko prawda, ale pisząc te słowa, miałem na myśli osoby, które są tolerancyjne, mają otwarty umysł, kochają innych ludzi, w których sercach nie ma miejsca na zawiść, czy też złość. Zupełnie niedopuszczalna jest praca z wahadłem po spożyciu alkoholu. Wszyscy, którzy chcieliby użyć wahadła do szkodzenia innym ludziom, radziłbym, żeby nie brali go w ogóle do ręki, ponieważ mogą srogo się zawieźć, niech lepiej znajdą sobie inne zajęcie – mniej odpowiedzialne.

Kilka lat temu młody człowiek, którego dobrze znałem, kupił wahadełko w jednym celu – chciał „wymusić” na nim odpowiedź, jakie będą liczby w losowaniu totolotka. Wahadło niejako „zbuntowało się” – przestało w ogóle działać – stało się kawałkiem bezużytecznego metalu. Prosił mnie o radę, co ma dalej robić? Otrzymał jedyną, słuszną odpowiedź: Zakop je głęboko w ziemi i zapomnij o nim. Tym ostrzeżeniem kończę tego posta.

Ez[o] 

niedziela, 14 sierpnia 2011

Radiestezja - zaniedbana wiedza



Miałem w planie napisać posta tylko o wahadełkach i o ich praktycznym zastosowaniu, ale po przeczytaniu w Wikipedii opisu, który dotyczy haseł radiestezja i różdżkarstwo, muszę się do nich odnieść, ponieważ kłóci się on z moją wiedzą na ten temat. Oczywiście każdy ma prawo dokonywać selekcji informacji – na te prawdziwe, z którymi się zgadza, na te co do których ma wątpliwości i wreszcie na te, które odrzuca jako nieprawdziwe. Ezoteryka, jako wiedza tajemna, dość często potrafi zaskakiwać nie tylko adeptów, ale także osoby zaawansowane, wtajemniczone w jej arkana.

Cytuję tekst z Wikipedii:

Radiestezja (łacińskie radiatio – promieniowanie i greckie aesthesia – wrażliwość) – W najprostszym tłumaczeniu jest to wrażliwość na promieniowanie. Termin radiestezji wprowadził w latach 30-tych XX wieku francuski ksiądz-radiesteta Abbe Alexis Bouli (1865-1958). Wcześniej stosowano pojęcia rabdomancji albo różdżkarstwa.
Różdżkarstwo to technika rzekomego wykrywania między innymi żył wodnych i minerałów za pomocą różdżki wahadła itp.
W zdecydowanej większości krajów zachodnich oraz w środowisku naukowym radiestezja uznawana jest za pseudonaukę, a rzetelnie przeprowadzone badania naukowe wykazują, że radiesteci nie są w stanie odszukać ukrytych obiektów ze skutecznością większą, niż wynikałoby z czystego przypadku. W Polsce radiestezja została prawnie zakwalifikowana, jako rzemiosło (obok takich zawodów jak: astrolog, wróżbita, bioenergoterapeuta, refleksolog), a merytoryczna wartość dowodu z opinii biegłego została uznana przez Sąd Najwyższy.

W ostatnim akapicie poddawana jest druzgocącej krytyce wartość prac radiestety, porównując ich skuteczność do czystego przypadku.  Dalej czytamy, że: W Polsce radiestezja została prawnie zakwalifikowana, jako rzemiosło (obok takich zawodów jak: astrolog, wróżbita, bioenergoterapeuta, refleksolog).

Moja wiedza o radiestezji opiera się tylko, a może – aż, na dwóch opracowaniach książkowych, których autorami są polscy specjaliści z tej dziedziny wiedzy, którą w Wilipedii określono, jako pseudonaukę. Pierwszym specjalistą jest, nieżyjący (zmarł w 1992 roku) magister inżynier Jerzy Woźniak, twórca hipotez dotyczących zjawisk fizycznych, które wraz z postępem badań potwierdzają się w praktyce, a książką która  je zawiera, jest „Nowoczesna radiestezja”. Drugim, jest profesor doktor habilitowany inżynier Zbigniew Królicki, pracownik naukowy Politechniki Wrocławskiej, autor kilkudziesięciu publikacji krajowych i zagranicznych. Jest autorem podręczników i książek z dziedziny radiestezji. Jedną z jego książek jest „Radiestezja zdrowia”, która została wydana (drugi raz) w 1999 roku. Obecnie jej kupno graniczy z przysłowiowym „cudem’, o czym przekonałem się osobiście. W magii mówi się, że jeśli cuda się nie zdarzają, to jest coś nie w porządku. U mnie było w porządku – stał się cud –kilka lat temu, przysłano mi ostatnią książkę z tzw. egzemplarzy okazowych. Tak mi powiedziała pani z wydawnictwa RAVI w Łodzi.

Przytoczę dwa cytaty, pochodzące z omawianych książek, które dają wiele do myślenia. W nocie biograficznej do książki „Nowoczesna radiestezja” czytamy:

Wszystkie zjawiska radiestezyjne są zjawiskami czysto fizycznymi,
dającymi się w prosty sposób wytłumaczyć,
nie ma w nich nic paranormalnego.
Są tylko nierozpoznawalne.

Natomiast mottem w książce „Radiestezja zdrowia” są słowa L. J. Trillot’a (nie wiem, kim jest lub kim była ta osoba?):

Lepiej być wyleczonym przez ignoranta,
niż pozostawionym z cierpieniem przez profesjonalistę.

O sceptycyzmie niektórych ludzi, związanym z radiestezją, miałem możność przekonać się kilkakrotnie. Oto przykłady.

Przed kilku laty, pewna znajoma poprosiła mnie, żebym sprawdził w jej nowym, jeszcze niezasiedlonym domu w nowej dzielnicy Szczawna Zdroju, czy nie ma w nim cieków wodnych. Obecny w tym czasie, jej przyszły sąsiad, patrzył na te „dziwne czynności”, jakich dokonywałem, z ironicznym uśmiechem, którego nawet nie starał się ukryć. A, że na takie niespodzianki z góry jestem przygotowany, w ogóle nie zareagowałem [wyrabianie siły woli – ważne przy zgłębianiu ezoteryki]. Jeszcze tego samego dnia, pan sąsiad poprosił mnie o sprawdzenie jego mieszkania, czy przebiegają przez nie cieki wodne. Po chwili wahania, zgodziłem się, ale… zażądałem od niego zapłaty za wykonanie „usługi”, na co przystał bez żadnych komentarzy. Dlaczego zażądałem zapłaty, nie muszę wyjaśniać, ponieważ każdy, kto zgłębia nauki tajemne doskonale zna przyczynę mojego postępowania? Po jakimś czasie przyznał, że na wskazanym przeze mnie miejscu, gdzie przebiega niezbyt silny ciek wodny, ciągle przesiadywała jego ulubiona kotka. Chcąc dać jej odrobinę luksusu, na cieku postawił fotel, który został zarezerwowany wyłącznie dla niej.

Drugi przykład dotyczy radiestety-różdżkarza.

Będąc młodym chłopakiem widziałem „w akcji’ różdżkarza, który wokół domu mojego dziadka szukał miejsca, w którym należy wykopać studnię. Poruszał się bardzo wolno, przeczesując cały teren, niczym saper szukający niewybuchu. O ile dobrze pamiętam – znalazł dwa miejsca, gdzie znajdowała się woda. Dziadek zdecydował się na lokalizację studni za domem. W niedługim czasie, z nie do końca wykopanej studni, musieli natychmiast ewakuować się kopacze, ponieważ trafili na żyłę, z której wytrysła duża ilość wody. Latem, kiedy odwiedzałem dziadka, gasiłem pragnienie wodą, zaczerpniętą z tej studni. Najlepiej smakowała, kiedy piło się ją, bezpośrednio z wiadra. Pozostały tylko wspomnienia!       

Kończąc tą część posta, nie sposób pominąć milczeniem kwestii kamienia węgielnego. W Wikipedii czytamy:

Kamień węgielny (rzadziej węgłowy) – w budownictwie tradycyjnym - kamień w narożu ściany wieńcowej, na którym opiera się węgieł ściany. Współcześnie, najczęściej określa się tak pierwszy, położony kamień lub cegłę, rozpoczynający budowę. Dawnej umieszczano na nim imię budowniczego, dziś dołącza się także informację o dacie budowy, inwertorze itp. Wmurowanie kamienia węgielnego jest zazwyczaj związane z ceremonią podpisania aktu erekcyjnego. 

Kiedyś w budownictwie domów drewnianych, fundamenty układano przeważnie z kamieni. Wówczas kamień węgłowy odgrywał wielką rolę. Tu posłużę się cytatem z książki „Nowoczesna radiestezja”, w której Jerzy Woźniak pisze:

Narożne kamienie (kamienie węgielne) były zawsze starannie dobierane, duże, aby wytrzymywały nacisk narożnika domu. Taki kamień ustawiano – obracając go tak – aby stał się odpromiennikiem, dawał sine tłumienie promieniowania ziemskiego. Ustawienie kamienia był bardzo ważne, od tego bowiem zależał komfort życia, zdrowie i dobre samopoczucie mieszkańców. Toteż był to cały ceremoniał, pilnie strzeżony. Jak wielką przywiązywano do niego wagę, świadczy fakt, że przetrwał do dziś, choć już mało kto wie, czemu dawniej służył. Kamienie węgielne, narożne, zapewniały dostateczne obniżenie poziomu promieniowania w drewnianym domu. Z chwilą, gdy zaczęło rozwijać się budownictwo przemysłowe, domy ceglane były coraz większe. Kamień węgielny przestał spełniać swoje zadanie

Wszystkie ślady prowadzą nas do do starożytnych Chin, gdzie radiestezja była dobrze znana. Feng-shui (wiatr i woda) – sztuka najkorzystniejszego sytuowania siedzib ludzkich, by życie przebiegało w zdrowiu i szczęściu. Cesarze chińscy dbali o to, by ich ciała spoczywały w grobowcach odpowiednio usytuowanych, w tym celu zatrudniali całe rzesze różdżkarzy, którym powierzali inne zadania - określali daty pogrzebu, a nawet ślubu. Kiedy sięgniemy do Starego Testamentu, znajdziemy w nim opis działania różdżki, a wiedzę o niej posiadał także Mojżesz, o czym nie wszyscy wiedzą. W starożytnym Rzymie także stosowano metody radiestezyjne, o czym możemy się dowiedzieć z mitologicznych przekazów. Swoją leszczynową różdżkę posiadał Eskulap i Merkury, który rozsądzał ludzie spory przy jej pomocy. W średniowiecznej Europie radiestezja stała się nauką tajemną, ponieważ Kościół zepchnął ją do podziemia. Ludzie, którzy próbowali posługiwać się różdżką podejrzewano o kontakty z diabłem, co skutkowało spaleniem na stosie. Brzmi to paradoksalnie, ale prawdopodobnie w XVIII wieku, różdżkarzy w Polsce, broniono przed atakami Kościoła, ponieważ zatrudniano ich w kopalniach, gdzie byli bardzo potrzebni. Poglądy, ocenianie różdżkarstwa, a tym samym całej radiestezji zmieniały się na przestrzeni wieków, a nawet obecnie są one skrajnie różne, o czym piszę na wstępie, powołując się na Wikipedię.

Radiestezja może nie przeżywa renesansu, ale negatywny wpływ promieniowania Ziemi na organizmy żywe spowodował, że człowiek zaczyna chwytać się różnych sposobów, by ograniczyć, zminimalizować jego skutki. W sprzedaży znalazły się różnego rodzaju odpromienniki, których twórcy i producenci zachęcają do ich kupowania. Nie mam prawa podważać ich opinii, ale praw fizyki nie sposób oszukać. Zdecydowana większość urządzeń tego typu zbiera, kumuluje negatywne energie, które wcześniej czy później zostaną oddane z powrotem. Producenci tych urządzeń zapewniają, że są one w pełni bezpieczne i co najważniejsze – skuteczne. Uważam, że powinniśmy korzystać z doświadczeń ludzi, którzy przez setki, a niekiedy przez tysiące lat stosowali i doskonalili naturalne metody zabezpieczania się przed negatywnymi energiami. Coraz częściej mówi się o sztuce Feng-shui, ale według mnie - bardziej mówi się, niż stosuje się ją w praktyce. Stanowi ona bardziej ciekawostkę, niż poważne studium, które może mieć zastosowanie w codziennym życiu. Jesteśmy świadkami bardzo niekorzystnego zjawiska, które od kilku lat obserwujemy w Polsce. Wiem, że budownictwo było zaniedbywane, że potrzeby lokalowe (mieszkaniowe) są olbrzymie, ale trudno oceniać pozytywnie to, czego jesteśmy świadkami. „Małpujemy” po Amerykanach, budując domy „jednorazowego użytku”, często bez żadnej koncepcji architektonicznej. Powstają osiedla jak przysłowiowe „grzyby po deszczu”, ale często na terenach, które nie nadają się do tego celu – tereny bagienne, podmokłe itp. Ostatnio byliśmy świadkami zagłady całych miejscowości, ponieważ domy zostały wybudowane na terenach zagrożonych usuwaniem się ziemi. Prawdopodobnie, rzetelnie nikt nie sprawdza, czy teren pod zabudowę jest bezpieczny pod kątem radiologicznym, czy ludzie będą mogli na nim normalnie egzystować. Być może moja ocena jest subiektywna, ale uważam, że gdyby poważnie traktowano radiestezję, można byłoby uniknąć wielu przykrych niespodzianek, o których piszę w tym poscie. 
  
Cały ten tekst traktuję jako osobiste refleksje związane z szeroko pojętą radiestezją. Swoją wiedzę - jak wspomniałem - opieram na dwóch książkach z tej dziedziny, które uważam za bardzo pouczające. Wiedzę i wskazówki w nich zawarte wielokrotnie stosowałem i stosuje w praktyce. Moim narzędziem radiestezyjnym jest wahadełko, o którym będę pisał w drugiej części artykułu.

Ez[o]

niedziela, 7 sierpnia 2011

Po remanencie


Postanowiłem przeprowadzić „remanent” na swojej internetowej stronie. Oprócz tego bloga, miałem założone jeszcze dwa inne, które - muszę przyznać się – były prawie „martwe”. Z ezoterycznego punktu widzenia, to, co obumarło, powinno posłużyć, jako budulec do zrodzenia czegoś nowego, czegoś pożytecznego. Podobnie jak kompost powstały z opadłych, suchych liści, który jest nawozem dla mającej lada chwila wykiełkować rośliny. Czy wykiełkuje coś nowego na moim blogu?

Jeden ze zlikwidowanych blogów był zatytułowany Pieszo i na rowerze”. Nietrudno domyśleć się, że dotyczył mojego hobby – jazdy na rowerze. Mam zamiar, co jakiś czas, na blogu zamieszczać teksty, które będą moimi refleksjami związanymi z „dwoma kółkami”. Wspomniany „remanent” dotyczy nie tylko samego bloga, ale także sposobu korzystania z przyjemności, jaką jest jazda rowerem. Dotychczas, jeżdżąc, skupiałem się głównie na podnoszeniu własnej poprzeczki, którą zawieszałem coraz wyżej, bijąc rekordy przejechanych kilometrów podczas sezonu. Na początku ubiegłego roku, trudno było mi pogodzić się z faktem, że czekające mnie dwa zabiegi chirurgiczne, drastycznie ograniczą mój spędzony czas na kolarskim siodełku. Istotnie, ilość przejechanych kilometrów była najniższa od niepamiętnych czasów [3600 kilometrów]. Cieszę się, że mój tan zdrowia dzięki tym zabiegom, zdecydowanie się poprawił. Niejako przy okazji, odniosłem drugą, także ważną korzyść. Miałem dostatecznie dużo czasu, podczas rekonwalescencji, by przemyśleć, przemedytować swoje dotychczasowe postępowanie, co zaowocowało tym, że spojrzałem na uroki życia – przyjemności z innej perspektywy.

Postanowiłem, że każdy wyjazd rowerem, oprócz walorów czysto zdrowotnych – utrzymania odpowiedniej kondycji fizycznej i psychicznej, będzie poświęcał jakiemuś tematowi, który będzie łączył się z tym wyjazdem. Obecnie ilość przejechanych kilometrów, jest dla mnie drugoplanowa, a że nie jest priorytetem, świadczą przejechane przez mnie do dzisiaj niespełna cztery tysiące kilometrów [brakuje 36 kilometrów]. Chociaż muszę przyznać, że co jakiś czas spoglądam na licznik, kontrolując średnią na trasie, przejechane kilometry. Myślę, że z tego nawyku będzie mi trudno wyleczyć się, chociaż kto wie…

Cztery dni temu wyjeżdżając rowerem, postanowiłem pojechać szlakiem „bocianich gniazd”. Uzbrojony w kompaktowy aparat fotograficzny Kodak, wyjechałem o godzinie ósmej rano. Na trasie mojego przejazdu, pierwsze siedlisko bocianów, znajdowało się w Milikowicach - miejscowości za Świebodzicami. Było małe pstryk i w dalszą drogę. Moje plany w jednej chwili uległy zmianie, czego mogłem się wcześniej spodziewać po kartach Tarota, które rozkładam niemal każdego dnia. Zaniepokoił mnie brak krzyża pokutnego, który znajdował się przy drodze za Jaworowem. Jadąc, dwukrotnie sprawdzałem fragment drogi, gdzie powinien znajdować się ten krzyż. Niestety, ale krzyża nie udało mi się odszukać. Zaniepokojony tym faktem, postanowiłem pojechać w dwa najbliższe miejsca, gdzie takie krzyże powinny się znajdować. Odetchnąłem z ulgą - obydwa były na swoich miejscach. W ten oto sposób, mój wyjazd okazał się nie tylko przemierzaniem szlaku „bocianich gniazd”, ale też szlakiem „krzyży pokutnych”, którym chcę poświęcić kilka zdań.

W Encyklopedii Powszechnej PWN, możemy przeczytać między innymi:

Krzyż pokutny, krzyż wykonany własnoręcznie przez zabójcę i stawiany przez niego w miejscu zbrodni; obowiązek ekspiacji nakładany na mordercę, jako jedna z form zadośćuczynienia za popełnione przestępstwo; zwyczaj rozpowszechniony XIII-XVI wieku na terenie środkowej Europy (w Polsce głównie na Śląsku); z drewna i murowanych krzyży pokutnych zachowane te ostatnie, na których wykuwano narzędzie zbrodni (bądź to atrybut zawodu zamordowanego, np. buty). […].  

W Polsce krzyży pokutnych jest około sześciuset, w tym na Dolnym Śląsku – około czterysta. W okolicy Wałbrzycha jest ich dość dużo.

Wszystkie krzyże pokutne podlegają ochronie, ponieważ są zaliczane, jako zabytki historyczne. Patronat nad nimi sprawuje jedyne w Polsce bractwo krzyżowe, które znajduje się w pobliskiej Świdnicy. Od pewnego czasu, Polska stała się miejscem, gdzie kradnie się i wywozi poza granice, różnego rodzaju cenne pamiątki historyczne, o czym co jakiś czas dowiadujemy się z gazet i telewizji. Prawdopodobnie taki los spotkał krzyż pokutny, o którym właśnie piszę. Mam jednak cichą nadzieję, że krzyż ten odnajdzie się, oby.

Rodzą się pytania: Czy ewentualni sprawcy [zleceniodawcy] zdają sobie sprawę z haniebnego czynu, jakiego się dopuścili? Czy wiedzą, że krzyże pokutne są nie tylko kawałkiem kamienia, który waży kilkadziesiąt kilogramów? Tu powraca, kłaniając się wszystkim ezoteryka, ze swoimi niezmiennie dającymi o sobie znać energiami, które w przypadku krzyży pokutnych, według mnie, są szczególne – oddziaływają na otoczenie z dużą siłą. Tylko ignorant, ktoś niepoczytalny, bądź pozbawiony ludzkich uczuć, może dopuścić się kradzieży takiego przedmiotu. Czy nie jest to profanacja sakrum? W obecnych czasach, za niewielką sumę pieniędzy, ludzie są gotowi do popełnienia różnych niegodziwości. Za przykład niech posłuży niedawna kradzież metalowego napisu Arbeit Mach Frei znad bramy głównej obozu zagłady w Oświęcimiu. W tym przypadku „zleceniodawcą” był Szwed, który został skazany przez polski sąd, na dwa lata i osiem miesięcy więzienia. Jeżeli doszło do kradzieży krzyża pokutnego, o którym piszę, to jestem przekonany, że sprawcy poniosą zasłużoną karę. Jeżeli unikną kary ziemskiej wymierzonej przez sąd, to odezwie się Prawo Boskie, przed którym nie ma ucieczki. Powtarzałem wielokrotnie i powtórzę kolejny raz. Ludzie często zadają pytanie w rodzaju: Dlaczego spotkało mnie to nieszczęście, ten wypadek? Wystarczy uderzyć się w piersi, wrócić myślami do minionych lat, gdzie jak w lustrze znajdą odpowiedź, która rozwieje ich wszelkie wątpliwości. Tu sprawdza się powiedzenie – Pan Bóg nie rychliwy, ale sprawiedliwy. Złodzieje krzyża pokutnego, biorą na siebie dodatkową „niespodziankę” – silne energie, które mogą okazać się dla nich dodatkową karą, brzemienną w skutkach.

Jeszcze jedna uwaga dotycząca krzyży pokutnych. Kiedyś były one naturalnego koloru, ale od jakiegoś czasu są malowane na biały kolor, nie wiem dlaczego? Mogę to porównać do barokowej komody [antyku] pomalowanej białą farbą emulsyjną. Co na to konserwator zabytków? Mam nadzieję, że odpowiedź znajdę u źródła – w świdnickim bractwie krzyżowym. 

Przejeżdżając w omawianym dniu 93 kilometry, wykonałem całą serię zdjęć. Kilka z nich zamieszczam w tym poscie.

Pierwsze bocianie gniazdo – w Milikowicach.
Rodzice polecieli „po papu” dla swoich dzieci. 

Gniazdo na kominie nieczynnej kotłowni w Witkowie.

Bociany w Stanowicach koło Strzegomia.

Sto metrów dalej - wygrzewające się przy drodze dzikie kaczki.

Kolejne siedlisko bocianów w Morawie za Strzegomiem.

Tym razem bociania rodzina zagnieździła się w Piotrowicach koło Żarowa.

Krzyż pokutny w miejscowości Pasieczna.

Tablica informacyjna przy krzyżu pokutnym.

Krzyż pokutny w Sulisławicach koło Świdnicy.

Ez[o] 

piątek, 29 lipca 2011

Victorian Romantic Tarot [6]


ARCYKAPŁAN



Archetyp: Święty.
Określenia: Arcykapłan [gr. Archiereus], zwany też najwyższym kapłanem [hebr. kohen ha-gadol – „kapłan wielki”], głównym kapłanem [hebr. kohen ha-rosz – „kapłan głowa”] i namaszczonym kapłanem [hebr. kohen ha-mashiach – „kapłan-mesjasz”] łączył w sobie funkcje najwyższego pośrednika między Bogiem a Izraelem, zwierzchnika Przybytku Mojżeszowego a potem Świątyni Jerozolimskiej, przełożonego kapłanów i lewitów oraz naczelnika (patriarchy) rodu Aaronitów. Arcykapłan Boga Jahwe był osobą szczególnie uświęconą i posiadał pełnię władzy kapłańskiej.                                                                                                                                             
Arcykapłan, w rozmaitych religiach przełożony kolegiów kapłańskich, świątyni i kultu; w starożytnym Rzymie pontifex maximum [pontyfikowie]; w judaizmie arcykapłani jerozolimscy, wywodzący swoją genealogię od Aarona [np. Sadok w czasach Dawida, Annasz i Kajfasz w Ewangeliach]; urząd arcykapłana pełnili też władcy z dynastii hasmonejskiej; Nowy Testament przyznaje tytuł arcykapłana Jezusowi, jako jedynemu pośrednikowi między Bogiem a ludźmi.                                      [Powszechna Encyklopedia PWN] 

Piąty Wielki Arkan Tarota nosi także nazwę Papież, podobnie jak Drugi Wielki Arkan - Papieżyca. Obydwa określenia odnoszą się do religii chrześcijańskiej. Już wcześniej wspomniałem (przy omawianiu Drugiego Wielkiego Arkanu), ale pozwolę sobie powtórzyć to jeszcze raz, że moim zdaniem

Tarot nie wyróżnia żadnej religii, jest Księgą Życia, z której dobrodziejstw mogą korzystać wszyscy ludzie, bez względu na kolor skóry, płeć, wiek, pochodzenie, przynależność kulturową, pod warunkiem, że będą one służyły szlachetnym celom.

Powyżej umieszczam dwie karty Piątego Wielkiego Arkanu, z różnych talii. Ta widoczna po prawej stronie, pochodzi z talii Rider Tarot Edwarda Waite’a, natomiast po lewej, to obraz z Tarota Wiktoriańskiego, który wyglądem [formą] znacznie różni się od swojej sąsiadki, jednocześnie zachowując treści [przesłania] wszystkich arkanów.

Oto mam przed sobą Piąty Wielki Arkan Tarota – Arcykapłana. Karta nawiązuje do religii judaistycznej, z której wywodzi się chrześcijaństwo. Główną postacią na tej karcie jest Uczony – Rabin, którego widzimy wraz z dwoma uczniami. Kiedy dokładnie przyjrzymy się postaci rabina, poczujemy ciepło, które emanuje od od niego, a jednocześnie wzbudza on respekt i szacunek. Po gestykulacji rąk i przymkniętych oczach, możemy domyślać się, że przekazuje swoim uczniom coś bardzo ważnego. Rabin w prawej ręce trzyma okulary, co może świadczyć, że jego wzrok jest mocno nadwerężony czytaniem „mądrych ksiąg”. Długa broda, to atrybut, przynależny rabinom i innym uczonym, chociażby filozofom, odkrywcom, czy wynalazcom. Jego pozycja prawie leżąca może wskazywać, że zdrowie ma nienajlepsze, nadszarpnięte przez długie lata, jakie przeżył. Rabin znajduje się nieco wyżej od swoich uczniów, co świadczy o jego wyższości nad nimi. Jak wspomniałem wcześniej, jego uczniami są dwaj młodzi chłopcy. Trzymają w rękach otwarte księgi, które czytają, a jednocześnie wsłuchują się w słowa przekazywane im przez Mistrza..Rabin także ma otwartą księgę, która prawdopodobnie zawiera wiedzę, do której mają dostęp tylko osoby wtajemniczone. Niewątpliwie rabin należy do do tych wybrańców.  Język, którym się oni posługują, to na pewno jest hebrajski, który według większości Izraelczyków, jest językiem dla uprzywilejowanych. Jednym z przesłań Piątego Wielkiego Arkanu Tarota jest nauka i wiara, które dość łatwo odczytać z tej karty.  
 
Przemyślenia. Skupię się na problemie, który brzmi: „umiejętność słuchania”. Dlaczego akurat ten temat podejmuję przy Arcykapłanie – Piątym Wielkim Arkanie Tarota? Obok bardzo wielu znaczeń i przesłań tej karty, jednym z nich jest misja przekazywania wiedzy [często duchowej] i nauczanie, które opierają się głównie na mówieniu – na języku werbalnym. Być może podjęty przez mnie temat może wydawać się banalnym, mało znaczącym.  

Jeśli poprosimy kogoś o wymienienie cech, które odgrywają najważniejszą rolę w jego życiu, wówczas usłyszymy ich wiele, ale… umiejętność słuchania prawdopodobnie nie zostanie wymieniona. Może ktoś powiedzieć, że słuchanie innych, jest rzeczą na tyle oczywistą, że nie wartą myślowego zachodu. Kiedy przyjrzeć się bliżej, widać jak na przysłowiowej dłoni, że coraz częściej ludzie komunikują się miedzy sobą za pomocą tzw. „komunikatorów”, takich jak Internet, czy telefon. Niewątpliwie te sposoby są wygodne, ale obok wielu zalet, niosą zagrożenia. Podczas bezpośredniej rozmowy, między ludźmi wytwarza się niewidzialna nić, która ich łączy na różnych płaszczyznach ciał subtelnych. Tradycyjne pisanie listów, praktycznie zanika, jest wypierane przez środki techniczne. Tekst napisany ręcznie posiada energie, które przekazała osoba pisząca. Jakże często osoba czytająca list odczuwała pozytywne energie – miłość, dobroć, wzruszenie, które w wyrazach napisanych atramentem zostały utrwalone na zwykłej kartce papieru. Wystarczy popatrzeć w muzeum na rękopisy, których autorami byli wielcy ludzi, by poczuć coś niezwykłego, coś, co trudno opisać słowami. Tych energii nic nie zdoła zniszczyć, jedynie może strawić je ogień. 

Z całą pewnością mogę stwierdzić, że my ludzie, porozumiewamy się coraz gorzej, a jedną z przyczyn jest brak umiejętności słuchania. Uczeń w szkole, niejako zmuszony jest podczas lekcji do słuchania nauczyciela. Uczestnik mszy, podobnie – zmuszony jest do wysłuchania słów wielebnego, wszak nie wypada wyjść ze świątyni podczas kazania. W takich wypadkach, adresat słyszy, ale w tym czasie myślami jest w zupełnie innym miejscu. Będąc uczniem, a było to bardzo dawno, doświadczałem na sobie takich sytuacji wiele razy.

Oczywiście, zdarza się, że słuchamy innych z ciekawością, ale większość z nas, do których i ja się zaliczam, przeważnie woli mówić niż słuchać. W tym miejscu kłaniam się zodiakalnym Bliźniętom, które w tej kwestii są absolutnymi mistrzami, czego nie należy traktować, jako przytyk z mojej strony pod Ich adresem. Pozdrawiam Bliźnięta obojga płci.

Wszystko zaczyna się od… naszego urodzenia, a ściślej od czasu, kiedy zaczynamy mówić. Dziecko zadaje wiele pytań, jest ciekawe świata, który go fascynuje, a to spotyka się z różną reakcją rodziców [opiekunów]. Nie może być mowy o zbywaniu dziecka, pozostawianiu jego pytania bez odpowiedzi. Przykro mi o tym pisać, ale 

większość rodziców nie potrafi wysłuchać,
tego co mają do powiedzenia ich  dzieci.

Nie zawracaj mi głowy; Masz mnie słuchać; Jak dorośniesz to się dowiesz – to najczęściej padające słowa rodzica, które są „odpowiedzią” na zadawane pytania przez dziecko. Efekty takich poczynań [błędów w wychowaniu] owocują za kilka lub kilkanaście lat, kiedy chłopak czy dziewczyna jest odgrodzona od rodziców murem, na którym jest napis - brak zaufania do rodziców. Każdy wie, jakie to niesie zagrożenia dla obydwu stron. Słusznie mówią zakonnicy – jezuici: „Daj mi swoje dziecko na pierwsze siedem lat, a później możesz z nim robić, co zechcesz”.

Osobiście miałem pewne problemy z „podporządkowaniem się” w słuchania innych. Jako karmiczna Jedynka, która ma zapędy wodzowskie (brrr!), do tego dochodzi wyrabianie siły woli [słaba strona Jedynki], to trudności, które musiałem przezwyciężyć. Udało się! Ważne jest żeby wysłuchać do końca, tego, co ma do powiedzenia druga strona. Niekiedy w potoku, banalnie prostych słów, płynących z ust tzw. "prostego człowieka” możemy usłyszeć coś, co może zrobić na nas wrażenie, które wpłynie na nasze dalsze życie. Tego doświadczyłem na sobie. Ulewa, która mnie zaskoczyła jadąc rowerem, zmusiła do skorzystania ze schronienia pod dachem gospodarza, którego słowa podczas „pogawędki”, wywarły na mnie wielkie wrażenie. Być może, nasze słowa okażą się dla kogoś, cenną wskazówką, czy dobrą radą, pod warunkiem, że zostaniemy wysłuchani do końca.

Na każdym kroku wyrażam się niepochlebnie o politykach i polityce, która jest dla mnie skażonym, skorumpowanym światem, ale w myśl słów, jakie wypowiedział kiedyś jeden z Elektryków: „nie chcem, ale muszem”, tak ja też, nie chcem, ale muszem o nich napisać dwa zdania, bo na więcej sobie nie zasłużyli. Obrady Sejmu, programy publicystyczne z udziałem polityków, to żenujące widowiska, w których umiejętność słuchania jest czymś nieznanym, obcym. Efektem ich „pracy” są buble legislacyjne, które są często zaskarżane do Trybunału Konstytucyjnego, gdzie poddawane są druzgocącej krytyce. 

Nie możemy zapominać o „odgłosach przyrody”, które docierają do nas z różnych stron. Jest proste ćwiczenie, które praktykowałem i nadal je stosuję.

Podczas pobytu w lesie, czy na łące, spośród wielu docierających do mnie głosów: śpiewu ptaków, pluskającej wody w strumieniu, głosu świerszczy, itp., skupiam się tylko na jednym z nich, w taki sposób by pozostałe były „niesłyszalne”.

Jest to doskonałe ćwiczenie, które wyrabia w nas podzielność uwagi, selektywne słuchanie. W praktyce pozwala to, np. na odcięciu się od gwaru ulicznego, a słuchaniu tyko koncertu ulicznego grajka, który znalazł się gdzieś obok nas. Czyż nie jest to miłe?

W praktyce ezoteryk – wróżbita, spotyka się z „klientem”, który przeważnie słucha go do końca, ale… Zdarzają się tacy, którzy słyszą tylko to, co chcą słyszeć. W czasie dywinacji, oczekują od wróżbity tylko dobrych wiadomości! Nie będę rozwijał tego tematu, ponieważ musiałobym w tym miejscu użyć wiele krytycznych słów pod adresem niektórych pseudo-ezoteryków.

Jeśli mówimy o Arcykapłanie, to warto w tym miejscu przypomnieć ważną radę dla karmicznej Piątki. Otóż, Piątka nie powinna się „rozmieniać na drobne”, to znaczy – powinna skupić się na jednej konkretnej rzeczy, ponieważ w przeciwnym razie może u Niej spowodować to frustrację, załamanie, zniechęcenie do dalszego działania.

Obecnie zaprząta mi głowę Piątka – kobieta, która jest wielkim sportowcem. Wiele osób zachodzi w głowę, jak to się stało, że po wielu latach ciężkiej, rzetelnej pracy, po zdobyciu srebrnego medalu olimpijskiego, podjęła decyzję [pozornie karkołomną], że bierze rozbrat ze swoim trenerem, świetnym fachowcem, a wszystko to ma miejsce na rok przed kolejną olimpiadą, która odbędzie się w przyszłym roku w Londynie. Znam osobiście tą Kobietę- Sportowca pisanego przez wielkie „S”, stąd moja troska o ten duet, który rozpadł się niespodziewanie. Moja skromna wiedza o numerologii, pozwoliła mi na analizę tego wydarzenia. Jest Ona w dziewiątym roku osobistym, który jest najlepszym okresem do kończenia wszystkiego, co się „wypaliło”. Właśnie tego słowa użyła podczas wywiadu telewizyjnego. Jest wiele innych oznak, które mogły wskazywać, że teraz właśnie nastąpi to sensacyjne [według dziennikarzy] wydarzenie.

Na zakończenie moja prywatna rada, którą staram się stosować w codziennym życiu:

Częściej nastawiajmy uszu,
a z powściągliwością otwierajmy usta.

Jak do tej pory „wychodzi mi to na zdrowie”.

Ez[o]

sobota, 23 lipca 2011

Uzupełnienie do posta "Sezon ogórkowy"


Zdecydowałem się uzupełnić ostatni mój wpis, za sprawą pewnego epizodu, który miał miejsce kilka dni temu. Wychodząc na spacer z Heliosem [czworonożny domownik] spotkałem znajomego, z którym przed wieloma laty pracowałem w jednej „firmie’. Znajomy ten, „pocztą pantoflową” dowiedział się, że mam swoją stronę [bloga], na którą – jak się przyznał - co jakiś czas zagląda.
Po przeczytaniu ostatniego posta, wraz ze swoją córką stwierdzili, że trudno im zgodzić się z częścią wypowiedzi w nim zawartych. Konkretnie sprawa dotyczy możliwości wzięcia na siebie negatywnych energii, jakie gromadzą się w pokojach hotelowych. Powiedział mi, że często korzystają z noclegów poza domem i jak do tej pory nie zauważyli niczego niepokojącego, co mogłoby potwierdzać moją tezę. Nie mogłem się wypowiedzieć od razu, „na gorąco”, ponieważ Helios nie pozwala na zatrzymanie się dłużej niż jedna, góra dwie minuty – zaczyna szczekać, wyrażając swoją dezaprobatę. Jest to jedyna sytuacja, kiedy mój czworonożny Przyjaciel „zabiera głos”, uważając być może, że spacer jest czasem, który należy do niego i mamy przejść nasze, z góry zaplanowane minimum dwa-trzy kilometry, bez względu na pogodę.

Nie zamierzam NIKOGO przekonywać, co jest dobre a co złe, a tym bardziej, w co ma wierzyć, a co powinien negować. To, co dzisiaj jest mi nieznane, jutro może okazać się czymś oczywistym, normalnym. Pisząc teksty, częściowo wykorzystuję swoje doświadczenie życiowe, swoje przemyślenia, które są wypadkową wiedzy, którą czerpałem i czerpię nadal z książek napisanych przez autorytety w dziedzinie ezoteryki. Mam tu na myśli takie osobistości jak: Dion Fortune, Awiessałom Podwodnyj, Hajo Banzhaf, Caroline Myss, Ewgienij Kolesow, Barbara Antonowicz-Wlazińska i inni.
Zgłębiający astrologię, czy numerologię korzysta z książek, w których znajdzie potrzebną mu wiedzę gromadzoną przez badaczy przez setki, a niekiedy tysiące lat (!). Natomiast dla badacza Tarota, książka jest kierunkowskazem, pokazującym drogę, po której musi sam podążać. Jeśli ktoś uważa, że przeczytanie kilku książek, sprawi, że stanie się tarocistą, to jest w błędzie, o czym przekonało się wielu przedwczesnych optymistów. Nierzadko rozmowy z ludźmi, pozwalają mi wyciągnąć wnioski, które są dla mnie cennym materiałem wykorzystywanym do zgłębiania ezoteryki. Między innymi ta krótka rozmowa ze znajomym, o której piszę na wstępie, należy do tego rodzaju rozmów.

Wiem z własnego doświadczenia, co potwierdzają inni, że wracając do domu po dłuższej nieobecności, marzę o rychłym położeniem się we własnym łóżku, które jest dla mnie najlepsze, najwygodniejsze, czuję się w nim bezpiecznie i przytulnie. Być może mój rozmówca i jego córka nie odczuwają żadnych różnic między wypoczynkiem we własnym łóżku a nocą spędzoną w posłaniu hotelowym, w co staram się uwierzyć. Chociaż jesteśmy zbudowani z jednakowej materii, mamy różną wrażliwość, zapadamy na różne choroby, odchodzimy z tego świata w różnym wieku. Różnic można byłoby przytoczyć znacznie więcej.  

Posłużę się przykładem, który dotyczy pewnej znanej mi osoby. Ze względów oczywistych, pisząc zachowam pełną dyskrecję, tak by osoba ta nie została rozpoznana przez kogokolwiek. Osoba ta [płeć ukrywam] kiedyś wyjechała na urlop do jednego z państw afrykańskich. Po przyjeździe opowiadała, że widziała tam biedne dzieci, które zarabiały na życie, sprzedając turystom własnoręcznie wykonane drobne ozdoby. Osoba ta kupiła właśnie taką ozdobę i przywiozła ją do domu. Dyskretnie podpowiadałem, że dobrze byłoby oczyścić tą pamiątkę, co zostało pominięte milczeniem. Po dwóch latach od tego epizodu, osoba ta zapadła na ciężką chorobę, z którą walczy do dziś. Nie mogę stwierdzić z całą pewnością, że ta ozdoba bezpośrednio przyczyniła się do powstania choroby. Podejrzewam, że nieszczęsne dziecko, cierpiące głód i niedostatek, wytwarzając w dobrej wierze ten przedmiot, przekazało swoją energię, która samo przez się, musiała być zła. Być może choroba ta, rozwijała się wcześniej w ukryty sposób, a przywieziona pamiątka jedynie przyspieszyła jej rozwój.

W sobotę, kilkanaście godzin temu, oglądałem relację z wyścigu kolarskiego Tour de France, gdzie Czesław Lang opowiadał o przesądach, które krążą wśród kolarzy. Jeden z nich mówi, że kolarz podczas posiłku nie może ruszać – sprzątać rozsypanej soli, ponieważ przynosi to pecha. Znalazł się kolarz-śmiałek – jak powiada Pan Lang, – który celowo, w obecności grupy kolarzy rozsypał sól, którą w sposób ostentacyjny zebrał. Na drugi, dzień podczas wyścigu, kolarz ten uległ poważnemu wypadkowi - wypadł z trasy, złamał dwa żebra i rękę, a ponadto dotkliwie się potłukł. Po tym wydarzeniu, kolarz ten zmienił zdanie na temat tego – jak powiada Lang – „przesądu z solą”.

Dziecko, które nie wie, czym jest ogień, będzie usilnie próbowało go dotknąć. Mimo opieki ze strony rodziców, zdarza się, że dziecko sparzy się ogniem, czy gorącym płynem. Jest to bardzo przykra nauczka, którą dziecko zapamięta do końca życia. Wspomniany przez Czesława Langa kolarz, musiał dotknąć tego, nazwanego w przenośni „ognia”, którego skutki okazały się dla niego bardzo przykre.

Te dwa przykłady świadczą o tym, że
każdy człowiek wierzy w to, w co ma wierzyć w danej chwili
(o czym pisałem wielokrotnie),
a jego postawy i poglądy ulegają przewartościowaniom
na skutek własnych życiowych doświadczeń.

Ez[o] 

sobota, 16 lipca 2011

Sezon ogórkowy

Mamy lato w pełni. Z nostalgią wspominam czasy, kiedy pod koniec czerwca odświętnie ubrany wracałem ze szkoły z cenzurką [tak się kiedyś mówiło na świadectwo szkolne], którą wówczas, jako najważniejszy mój dokument niosłem ostrożnie, by go, broń Boże nie pognieść, czy też pobrudzić. Po dziesięciu miesiącach nauki przychodził czas wakacji, tak bardzo oczekiwanych, czas wyjazdów na kolonie. O tamtych czasach mówi się nienajlepiej, czemu się nie dziwię, ale opieka socjalna, szczególnie dzieci, była bardziej rozwinięta niż obecnie. Nie jest to z mojej strony pochwała tamtych czasów, które dzisiaj nazywa się „okresem komuny”. Po prostu przyszło mi żyć w tamtych czasach.  Od tamtych lat minęło ponad pół wieku. W międzyczasie zdążyłem się wyedukować, przepracować ponad czterdzieści lat, by wreszcie przejść na „zasłużony odpoczynek” i cieszyć się emerytują, tzw. „starego portfela”



Dlaczego o tym piszę?
Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Być może wakacje, czas urlopowy, który zwykło nazywać się „okresem ogórkowym”, w którym się nic ważnego nie dzieje, jest tego powodem. Dla dziennikarzy letnie miesiące to czas pisania o ufoludkach, potworze z pewnego jeziora, okrągłych wzorach wygniecionych na łanach zboża, przez wspomniane, pozaziemskie istoty i innych dziwnych zjawiskach, które trudno pojąć przysłowiowemu Kowalskiemu. Co mają do powiedzenia w tych sprawach ezoterycy? Trudno byłoby od nich oczekiwać jednomyślności, ponieważ te „dziwne rzeczy”, są przyczyną wielu hipotez, które znacząco różnią się od siebie.  

Jak Polska długa i szeroka, ludzie wyjeżdżają na urlopy. Od wielu lat, wypoczynek za granicą jest czymś zupełnie naturalnym. Światowe wojaże są okazją do poznania ciekawych miejsc, poznania nowych ludzi, nowych kultur. Chociaż część zagranicznych wyjazdów jest spowodowana czystym snobizmem. Kilka dni temu moi znajomi wrócili z urlopu, który spędzali w jednym z krajów azjatyckich. Otrzymałem od nich upominek, który sprawił mi wielką radość. Figurkę Buddy wykonaną z laki, umieściłem na półce obok książki zawierającej dialogi Konfucjusza. Powierzyłem Buddzie by strzegł tej książki i treści w niej zawartych. Być może ów prezent i opowiadania znajomych, stały się pretekstem do pisania tego posta.

Każda zmiana miejsca pobytu, [jaką by ona nie była], czy to jest wyjazd służbowy, czy na upragniony urlop, w pewnym stopniu powoduje zachwianie równowagi wewnętrznej, zakłóca rytm życia. Być może, nie jest to zauważalne w sposób bezpośredni, niemniej, moim zdaniem zjawisko to ma miejsce, co postaram się przedstawić w najprostszy z możliwych sposobów.

Moje mieszkanie jest dla mnie azylem, który daje mi intymność, spokój, bez którego życie byłoby nieznośne. Mam swoje miejsce przy stole, gdzie spożywam posiłki, mam swoje miejsce do spania, gdzie mogę wygodnie położyć ciało i oddać je opiece Morfeusza. Po swoim mieszkaniu poruszam się swobodnie. Niemal z zamkniętymi oczami potrafię sięgnąć po szklankę, czy po śrubokręt. Wreszcie mam sąsiada, którego znam i szanuję, ale mam sąsiadkę, którą szanuję, ale nie darzę szczególną sympatią. Wiem, że o godzinie ósmej Helios [czworonożny lokator] czeka by wyjść spacer, który potrwa minimum godzinę. Część zajęć jest niejako wpisana w rytm dnia codziennego.

Opuszczenie domu na pewien czas, wymusza przestawienie się na „inne tory”, często wiąże się to ze zmianą klimatu, czy też stref czasowych. Zajmujemy wygodny apartament, w którym mamy szerokie łoże, wygodne fotele i inne luksusy, o których wcześniej nawet nie śniliśmy. Mamy restaurację ze szwedzkim stołem, gdzie możemy najeść się do syta. Mamy w planie wycieczkę po pustyni na wielbłądzie. Oczywiście jest okazja do zwiedzenia ciekawych, egzotycznych miejsc, poznania nowych ludzi. To nie jest opowiadanie snu, a jedynie relacje zasłyszane od moich znajomych, którzy spędzają urlopy za granicą.

Zdecydowana większość urlopowiczów, którzy korzystają z tych dobrodziejstw, nie zwraca uwagi na pewne ale…
Jeśli zadamy pytanie: Jak byś zareagował, kiedy na twoim łóżku byś zastał leżącego obcego człowieka? Jak byś się poczuł, kiedy przy stole na twoim krzesełku siedziałaby obca osoba? Podobnych pytań można zadać znacznie więcej. To prawda, że pobyt w pensjonacie, czy w hotelu jest szczególną sytuacją. Ale

szczególne sytuacje rodzą szczególne reakcje naszego ciała
 a być może - przede wszystkim reakcję ducha.

Uważam, że właśnie, dlatego należy ograniczyć do minimum wpływ negatywnych energii, których nie unikniemy podczas pobytu w hotelu czy pensjonacie. Z negatywnymi wibracjami spotykamy się w miejscu zamieszania, ale w mniejszym rozmiarze.

Najprostszym, wypróbowanym sposobem na zminimalizowanie wpływu tych energii jest częsta kąpiel w wodzie z dodatkiem soli. Osoby, które wypoczywają nad morzem, bez tej wiedzy oczyszczają swoje ciało nie tylko fizycznie, także energetycznie. Palenie świec jest także doskonałym sposobem na oczyszczanie pomieszczeń. Kadzidełka [głównie] sandałowe to także wypróbowany sposób na poprawę aury. Jeśli chodzi o samo odżywianie, to nie chciałbym zabierać głosu w tej kwestii. Każdy doskonale wie, że łakomstwo jest główną przyczyną otyłości. Uważam, że spożywanie owoców jest o wiele zdrowsze dla organizmu niż różnego rodzaju „nowinki kulinarne”, w których znajduje się mięso. Jest rzeczą oczywistą, że ludzie przywożą z urlopu różnego rodzaju pamiątki, które później znajdą się w naszych domach. Część z nich trafi do bliskich osób. Uważam, że słusznie postępują ci, którzy oczyszczają energetycznie przywiezione przedmioty. Może zdarzyć się, że niepozornie wyglądająca pamiątka, może „nie pasować” do pozostałych przedmiotów, obok których się znajdzie. Przykładów sytuacji, o których mowa jest aż nadto wiele. Otrzymana przeze mnie od przyjaciół figurka Buddy została oczyszczona. Między różnymi bibelotami mojej Żony jest dość dużych rozmiarów skarabeusz, podarowany przez M*, który zanim trafił na swoje miejsce, został okadzony dymem z drzewa sandałowego.  

Wiem, że niektórzy po tej lekturze, byliby skłonni wysłać mnie do specjalisty, którego wymienianie jest zbyteczne. Osoba, która ma „zielone pojęcie”, czym są energie i wie, jaki mają wpływ na wszystkie nasze subtelne ciała, przyzna mi rację, której potwierdzenia – tak naprawdę - nie oczekuję.

Ciekawostką z dziedziny astronomii, związaną z wyjazdem [na dłuższy czas], jest możliwość [powtarzam – możliwość] zmiany prognozy astrologicznej. Przy odpowiednim układzie planet, dłuższy pobyt jakiejś osoby w innej szerokości geograficznej, może wpłynąć na jej losy. Może je poprawić, bądź pogorszyć. By to zjawisko się wydarzyło, musi zaistnieć splot różnych okoliczności.

Na zakończenie jeszcze jedna refleksja związana z urlopami. Doskonale rozumiem radość ludzi, którzy „lecą” na długo oczekiwany egzotyczny urlop. Szczerze życzę wszystkim, udanego wypoczynku. Ja z tych przyjemności nie korzystam, z dwóch powodów. Po pierwsze, kiedy pracowałem, takie wyjazdy pozostawały w sferze marzeń, a jeśli już, to na wschód. Byłem na wycieczce, którą odbywałem samolotem TU-134. Zwiedziłem Samarkandę, Soczi, Leningrad, Moskwę i Wilno. Teraz są modne rejsy w przeciwną stronę. Po drugie - teraz mnie na to nie stać, a ponadto – już mi nie w głowie dalekie podróże. Cieszę się, że jeżdżę rowerem, który jest dla mnie najwspanialszym środkiem transportu. Dzięki wynalazkowi James’a Stanley’a [wynalazcy roweru] mam okazję ku temu, by zwiedzać Dolny Śląsk i Czechy. Kilka lat temu przejechałem na rowerze Austrię i Czechy. Jazdę rowerem polecam wszystkim, którzy chcą zachować szczupłą sylwetkę i odpowiednio dobrą kondycję fizyczną, która ma wpływ na samopoczucie.

Tyle miałem do powiedzenia, w tym letnim, „sezonie ogórkowym”, który niebawem się skończy. Młodzież wróci do szkół, dorośli do pracy – jednym słowem – wszystko wróci do normy.

Ez{o]


Zdjęcie pochodzi z Internetu [obrazy – Egipt]