sobota, 26 lutego 2011

Powiew hinduizmu - Spotkanie (3)


Człowiek jest stworzeniem stadnym, dlatego życie w izolacji, jest możliwe, ale do pewnego czasu. Zadaję pytanie: Jeśli chcesz żyć w izolacji, to dlaczego? Czy jest to twój świadomy wybór? Samotność jest zjawiskiem, które może dosięgnąć każdego z nas. Zaliczyć ją możemy do nieszczęść ciężkiego kalibru. Póki, co, nie myślmy o niej, bo może stać się obsesją, trudną do zniesienia. Kiedy otwieramy drzwi naszych domów, otwieramy nasze serca, w myśl przysłowia:

Gość w dom – Bóg w dom.

Każde mieszkanie wypełnione jest energią jego mieszkańców. Nawet najdłuższe wietrzenie mieszania, nie oczyści go z negatywnych wibracji, jakimi zakazili je źli ludzie.
Kiedy wchodzimy do jakiegoś mieszkania pierwszy raz, najczęściej kierujemy wzrok na okno, które jest wizytówką jego mieszkańców. Drugim punktem jest podłoga, która stanowi grunt, po którym stąpamy. Jeśli jest stabilna, czysta, wówczas czujemy się pewnie. Niektórzy biuraliści, nie przykładają wagi do wystroju pomieszczeń, w których przebywają wiele godzin, gdzie przyjmują interesantów. Ci ostatni najbardziej odczuwają panujący tam nastrój. Mogą czuć ciepło i przychylność ze strony urzędnika, bądź powiew zimna i oschłość ,,urzędasa” siedzącego za biurkiem. Nie można pominąć milczeniem wibracji, których wpływu doświadczamy wchodząc do świątyni, gdzie odgłos kroków, kasłanie ludzi, są charakterystyczne, niepowtarzalne. Na 
odwiedzanie świątyni nie musimy uzyskiwać żadnego zaproszenia, korzystajmy z tego.
Dziecko w wieku 5-7 lat chłonie wszystko, co wokół się dzieje. Dokładnie pamiętam, jak moja matka prowadzała mnie za rękę do prywatnej wypożyczalni książek. Pokój, w którym panował półmrok, charakterystyczny zapach starych, pożółkłych książek i zapach drewnianych regałów, skrzypiąca podłoga i siwiutka, zgarbiona pani, ze szlachetnymi rysami twarzy, która krzątała się między regałami. Ten widok, jak żywy mam przed oczami. Takich obrazów mam utrwalonych bardzo dużo, niektóre z nich chętnie bym wymazał na trwałe z pamięci. 
  
Powróćmy  do mieszkania, w którym spędzamy znaczną część życia.  .
Uważam, że nasze mieszkanie powinno być świątynią, w której oprócz tego, że tu jemy, śpimy, kochamy się, jest także naszym azylem, który chroni nas przed różnego rodzaju zagrożeniami, jest naszym azylem. Jeśli jest to świątynia, to zadbajmy, żeby pachniało w niej miętą, palmy kadzidełka i świece [jeśli ktoś je lubi], przystrójmy kwiatami, a nade wszystko zadbajmy o czystość. Ściany, które są granicą, która oddziela naszą Świątynię od świata zewnętrznego, niech swoimi kolorami, stworzą nastrój ciepła i błogości, otworzą nasze Boskie Czakry. Często zapominamy o blokadach czakr, którymi przepływa cała nasza energia od czubka głowy aż do stóp – i z powrotem. Acha, brakuje w naszej Świątyni jeszcze czegoś wygodnego do siedzenia. Możemy wzbogacać nasze mieszkanie-świątynię, szeregiem innych elementów, pamiętając o tym, by nie stało się lamusem, przez który trudno przejść. Nie pozostaje nic innego, jak udekorować tatarakiem lub wiankami z kwiatów i dokonać jego wyświęcenia. Nawet  po latach zamieszkiwania, możemy dokonać rytuału otwarcia. Naprawdę warto! 
Jak wcześniej wspomniałem, to od nas zależy, czy będziemy się dobrze czuli się w naszym mieszkaniu, czy goście będą nas odwiedzać. A, może należałoby zadać sobie pytanie: czy w ogóle chcemy przyjmować gości? Oboje z żoną Danusią lubimy zapraszać gości, chociaż nasze mieszkanie jest małe, ale przestronne.
.
â

Tymczasem przeniosę się do Czarnowa, dokąd zostałem zaproszony przez jedną z wielu mieszkających tam rodzin, wyznawców hinduizmu [bhaktów – wielbicieli Kriszny].

W ,,naszej kulturze” jest przyjęty zwyczaj, że na przyjęcie idą tylko zaproszeni goście. Przecież nie wypada zabrać ze sobą jeszcze kogoś innego.

Byłem zaproszony do rodziny bhaktów, wraz ze mną pojechała M* i chłopak Seba [Sebastian]. Był początek roku – 6 stycznia. W okresie zimy Czarnów wygląda malowniczo. Wokół otaczają go pokryte śniegiem góry, nieskazitelnie czyste powietrze i cisza, której brak w mieście. 
Kiedy weszliśmy do mieszkania, zastaliśmy tam sporą gromadkę gości, których w większości nie znałem. Okazało się, że M* spotkała tu rodzinę, z którą jest zaprzyjaźniona. Po kilkunastu minutach nie było żadnych barier między nami. Wśród gości byli ludzie w różnym wieku, o różnych profesjach. Wystarczy, że przytoczę niektóre z nich: nauczycielka języka rosyjskiego, muzyk, dwóch młodych mężczyzn prowadzących własne biznesy, ekspedientka, złotnik, emeryt.

Tradycyjna gościna, najczęściej jest kojarzona, jako siedzenie za stołem zastawionym półmiskami z wędlinami, sałatki, i oczywiście stojące butelki z alkoholem. Nie odcinam się od gościn, organizowanych w sposób, który przedstawiłem. Tak jest pojmowana nasza polska gościnność, o której głośno jest na całym świecie. Uczestniczyłem i organizowałem przyjęcia, w taki właśnie sposób. Od pewnego czasu ich częstotliwość drastycznie spadła, ale to za sprawą mojego wieku, który każe oszczędzać zdrowie, a w szczególności wątrobę.   

Tu w Czarnowie, nikt nie miał stałego miejsca, każdy siadał gdzie było mu wygodnie. W dużej mierze zależało ono od tego, z kim się prowadziło rozmowę. Każdy rozmawiał z każdym. Nie było barier wiekowych i wszyscy zwracali się do siebie po imieniu.
Nie było czasu na nudzenie się. Wszystko przebiegało spontanicznie, a jednocześnie jakby zaplanowane z dużą precyzją.

Kamala  - córka gospodarza zaintonowała maha mantrę, która wprowadziła obecnych w stan lekkiej medytacji. Jak pisałem wcześniej, mantra ta ma szczególną moc. Korzystać z niej mogą wszyscy, niezależnie od wyznawanej religii. Mantry są ponadczasowe i przyjazne wszystkim ludziom. Ich energia podnosi wibracje nie tylko poszczególnych ludzi, ale także poprawia energię otoczenia. 


Pokój, w którym przebywaliśmy, posiadał tzw. aneks kuchenny [dla mnie to zupełnie nowa nazwa]. Na ladzie, która oddzielała pokój od części kuchennej, gospodarze domu, na oczach gości przygotowywali potrawy. Nie brakowało chętnych do pomocy. Miedzy innymi, moja koleżanka M* krzątała się przy ladzie. Miałem możliwość zobaczyć, jak sprawnymi ruchami swoich rąk formowała kluski.


Gospodarz domu udzielał instruktażu jak korzystać z dobrodziejstw Reiki. Był to, można nazwać – błyskawiczny kurs, tej niezwykłej metody samo uzdrawiania. Dowiedziałem się jak skutecznie pozbyć się bólu głowy, jak poprawić przepływ energii przez wszystkie Siedem Boskich Czakr.

video

video

Zbyszek – muzyk, przywiózł ze sobą komplet mis tybetańskich. Demonstrował nam ich brzmienie i objaśniał zastosowanie ich w leczeniu różnych schorzeń. Przy okazji, okazało się, że w Szczawie Zdroju, przyjmuje pacjentów w gabinecie w jednym z sanatoriów. Ma do tego uprawnienia, podobnie ja Jego żona – Ula. Mogłem dotknąć, obejrzeć, te ,,niezwykłe naczynia”, które znałem tylko ze słyszenia. Ze Zbyszkiem i Ulą  przyjechała ich dziewięcioletnia córeczka, dziecko niezwykle skromne, wyciszone. Była trochę zażenowana, kiedy tata pochwalił się swoją córką, która regularnie ćwiczy jogę. Potrafi wykonać ćwiczenia w pozycji pełnego lotosu, co jest nie lada wyczynem.  
Gospodarz domu zadbał o to, żebyśmy odbyli wspólną medytację z intencjami. Wśród gości był wspaniały mężczyzna z żoną, który choruje na stwardnienie rozsiane. Podczas medytacji wszyscy przekazywali mu swoją dobrą energię. Tak się złożyło, że podczas medytacji siedział On obok mnie. Kiedy trzymaliśmy się za ręce, czułem drżenie jego rąk, co wywarło to na mnie duże wrażenie. Jednak muszę przyznać, że mój udział we wspólnej medytacji, jest ,,rytuałem”, który dość mocno obciąża moją energetykę. W tym konkretnym przypadku, spadek energii  odczułem szczególnie mocno. Równowaga wróciła na drugi dzień, około południa. Podobna reakcja nastąpiła u M*, o czym dowiedziałem się od Niej, na drugi dzień.

Jest to typowy objaw, który ma miejsce po tego rodzaju rytuale. Energia uczestników tej medytacji, jest przekazywana na konkretny obiekt, w tym wypadku, na naszego wspaniałego Kolegę, borykającego się z ciężką chorobą. Wiem, z późniejszych rozmów, które miały miejsce, między uczestnikami spotkania, że zamierzony cel został osiągnięty. 

video


Na zakończenie zjedliśmy obiad, który był ,,wspólnym dziełem” uczestników spotkania. Były to potrawy wegetariańskie. Seba, który pierwszy raz próbował tych potraw, był zdziwiony, kiedy dowiedział się, że w bigosie, który jadł nie ma w ogóle mięsa. Wszystkie potrawy były bardzo smaczne, wyglądały kolorowo i apetycznie. Wspólny posiłek był zwieńczeniem naszego spotkania w domu gościnnej rodziny bhaktów w Czarnowie.

â

Nie muszę wymieniać wszystkich korzyści, jakie wynieśliśmy z tego spotkania, ponieważ opis ten mówi sam za siebie. Przede wszystkim, wzbogaciliśmy swoją wiedzę o Reiki, poznaliśmy magiczną siłę mis tybetańskich, nauczaliśmy się przyrządzać potrawy wegetariańskie, pomogliśmy choremu na stwardnienie rozsiane, zjedliśmy zdrowy obiad. Jednak

najcenniejszą korzyścią z tego spotkania, oprócz mile spędzonego czasu,  
było to, że poznałem nowych, szlachetnych ludzi,

z którymi utrzymuję kontakty, może nie tak częste, jakby można było się spodziewać. Częstotliwość spotkań jest drugoplanowa, wiele ważniejsza i cenniejsza jest ich szczerość i serdeczność, a tego w nich nie brakuje.


Ez[o]

niedziela, 20 lutego 2011

Powiew hinduizmu - Święte mantry (2)



Na temat mantr możemy czerpać wiedzę z wielu książek dostępnych na rynku. Ich mnogość powoduje, że trudno wybrać tą najwłaściwszą. Trzeba przyjąć kryteria, według których będziemy zgłębiać tą wiedzę. Można powiedzieć: ile szkół - tylu nauczycieli. Dzielę się własnymi spostrzeżeniami, których doświadczyłem będąc w Czarnowie.

Przypomnijmy sobie, czym jest mantra. 

Słowo mantra pochodzi od rdzeni: man – myśleć, tra – chronić, uwalniać się od więzów świata materialnego. Mantra, to myśl, która chroni lub uwalnia. Jest to święty dźwięk lub połączenie wielu dźwięków, odzwierciedlających różne stany świadomości człowieka. (…) Mantra, to słowa lub sylaby, które śpiewa się cicho lub powtarza się w myślach podczas medytacji, aby oczyścić umysł i pogłębić koncentrację. 

Prawdopodobnie najstarsze zapisy mówiące o mantrach, możemy znaleźć w Wedach, pisanych sanskrytem. Oczywiście w różnych innych kulturach religijnych mantry były i są w użyciu do dnia dzisiejszego.
W tradycji kościoła katolickiego, w chórach gregoriańskich, wykorzystuje się dźwięki harmoniczne, to znaczy słabe tony, które towarzyszą dźwiękowi podstawowemu. Śpiewanie imienia Boga jest częścią tradycji Kabały. Wyznawcy hinduizmu twierdzą, że mantry zawdzięczamy starożytnym mędrcom, którzy otrzymali je w darze od boskich duchów. Mantry były przekazywane przez tysiąclecia z mistrza na ucznia. Hindusi twierdzą, że mantra oczyszcza negatywną energię i umożliwia bezpośredni kontakt z Bogiem.
Istnieje tysiące mantr i tysiące tekstów, z których każdy wychwala cnoty konkretnej mantry. Które są najlepsze, najwłaściwsze? Ponoć każdy człowiek ma najwłaściwszą dla siebie mantrę. Może ją odnaleźć samemu, chociaż lepiej by było, gdyby miał mistrza, a ten przekazał ją uczniowi. Naszą mantrą może być każde słowo lub wyrażenie, które nam się podoba i ma dla nas głębszy sens duchowy. Na przykład: Pokój, Miłość, Radość, Szczęście, Słońce, Bóg, Jestem wszystkim, Niech się dzieje.

Najbardziej znaną, powszechnie stosowaną mantrą jest OM, która jest intonowana: aaaooommm. Ukazuje ona trzy stany świadomości. Hindusi używają tej mantry w medytacji nad absolutem kosmicznym i duchowym.   

Drugą, [choć u nas mniej znaną], stosowaną w praktyce Hindusów, jest mantra so’ham. Po raz pierwszy wspomniano o niej w Upaniszadach, tekstach zapisanych w sanskrycie. Słowo to oznacza ,,Ja jestem Tym”, które zostało zapisane w Wedach. Filozofowie i poszukiwacze duchowi uznali so’ham za święte i przydatne do celów medytacji i kontemplacji. Ponoć każdy z nas się z tą mantrą urodził. So’ham jest mantrą podstawowej siły życiowej prany.

Poniżej zamieszczony filmik  zawiera mantrę So’ham, w wykonaniu instrumentalnym. Proszę wziąć kilka głębokich oddechów, zamknąć oczy i włączyć odtwarzanie.

video

Najogólniej mantry można podzielić na kilka kategorii: medytacyjne, które są punktem ogniskowym czystej energii duchowej; kontemplacyjne, których praktykowanie wymaga dogłębnego studiowania filozofii, pod okiem wytrawnego mistrza.  Ponadto należy wymienić mantry: siddha, apta,  sabar i oczywiście maha mantra. O tej ostatniej powiem nieco szerzej.   
Należy przypomnieć, że istnieje tysiące uśpionych mantr, które wymagają obudzenia, a może tego dokonać tylko mistrz, który przydziela je swoim uczniom. Tak naprawdę, to najpełniejsza praca z mantrami, powinna odbywać się pod czujnym okiem mistrza. Wiele tradycji duchowych mówi, że dwa nierozłączne strumienie boskiego dźwięku i światła [nada i bindu], wytryskają z Czystej Świadomości. Wynika stąd potrzeba łączenia praktykowania mantr w powiązaniu z jantrami, które mówiąc najogólniej, są rodzajami diagramów o znaczeniu mistycznym. Wierzę, że nasza wiedza o jantrach jest o wiele bogatsza i pełniejsza, niż ta wyżej podana.

Proponuję wysłuchać i obejrzeć filmik z mantrą OM. Proszę wziąć kilka głębokich oddechów, zamknąć oczy i włączyć odtwarzanie.  

video

Teraz skupię się na maha mantrze, którą intonują bhaktowie - wyznawcy Kriszny.

Na samej górze posta, zamieściłem dwa zdjęcia z tekstami maha mantry. Jedno z nich jest zapisane sanskrytem. Podczas intonowania maha mantry bhakta [wyznawca Pana Kriszny], najczęściej używa japa mali – sznura modlitewnego, który kształtem przypomina różaniec. Składa się ze 108 korali i służy do odliczania ilości wykonanych mantr.
â
4 września 2007 roku pojechałem rowerem na uroczystości związane z urodzeniem Kriszny, odpowiednik naszych świąt Bożego Narodzenia. Po przyjechaniu na miejsce, rozpakowałem się i poszedłem porozmawiać z mnichami, którzy mieszkają na farmie. Zaprowadzili mnie do pokoju [celi] na piętrze, nad świątynią. W pokoju mieszkał jeden z przyszłych mnichów. Szybko nawiązałem z nim wspólny język. Dowiedziałem się od niego trochę szczegółów związanych z życiem w świątyni. Nie miał on zbyt wiele czasu na rozmowę, ponieważ ilość obowiązków, jakie miał do wykonania bardzo ograniczała jego czas. Warunki, w jakich przyszło mi mieszkać, mogę określić, jako bardzo skromne. Czekało na mnie piętrowe łóżko, na którym nie było żadnej pościeli, a jedynie twardy, pokryty dermą pseudo-materac. Po raz pierwszy miałem okazję przyjrzeć się z bliska jak wygląda życie w świątyni. Panowała wokół bieganina. Jeden z bhaktów, który przebierał się w moim pokoju, zamienił ze mną kilka zdań na temat przyrządzania posiłków. Spieszył się do pracy w kuchni, gdzie miał przyrządzać pierogi, które są jego specjalnością. Wtedy pomyślałem, że dobrze byłoby, poprosić księży, by przynajmniej na dwa dni wcielili się w role mnichów. Wydaje mi się, że już po pierwszym dniu, pieszo by poszli do siebie – na plebanię. Nie ma tu miejsca na szczegółowy opis ,,rozkładu jazdy”, jaki mają mnisi. Powiem, że czas mają rozplanowany, co do minuty, żyją w surowej ascezie.
W godzinach popołudniowych w świątyni rozpoczęły się uroczystości. Kiedy byłem jeszcze na górze – nad świątynią, do pokoju przychodziło coraz więcej bhaktów, którzy właśnie tu przebierali się. Atmosfera stawała się coraz bardziej podniosła. Pokój wypełniał się zapachem kadzideł palonych w świątyni. Muszę przyznać, że zapach ten początkowo mnie drażnił. Muzyka i śpiew, które dobiegały, stawały się coraz bardziej donośne. Właśnie wtedy poznałem wielką moc intonowanej maha mantry. Trudno jest opisać słowami odczucia, jakie mi wtedy towarzyszyły. Poczułem, że łóżko, na którym siedzę, delikatnie rezonuje, chociaż głosy aktualnie dochodzące ze świątyni nie były zbyt głośne. Każdy, kto zajmuje się magią wie, że rytuały magiczne, a takimi są uroczystości religijne, wymagają dużych pomieszczeń, by nie kumulować zbyt dużo energii.
Zeszedłem do świątyni. Odróżniałem się od pozostałych ludzi, chociażby dlatego, że byłem ,,kimś obcym”, ale nikt nie zwracał na to uwagi. Po kilkunastu minutach czułem się pełnoprawnym uczestnikiem uroczystości – wtopiłem się ze wzystkimi. Głównie mantra ,,Hari Kriszna” rozbrzmiewała w świątyni. Intonowana była w różny sposób, a że nie jestem znawcą muzyki, powiem, że brzmiała raz głośniej, raz ciszej. Podobnie tempo – raz szybsze, raz wolniejsze. Przez cały czas, w świątyni działy się różne rytuały, które były dla mnie zupełną nowością. Niepostrzeżenie czas mijał bardzo szybko.

video

Moje praktyki medytacji, nabrały tu szczególnego znaczenia. W rytmie rozbrzmiewającej mantry, moją medytację, przeżywałem w zupełnie inny sposób niż dotychczas. Poczułem, że uczestniczę w misterium, które daje mi spokój, przebiega podniośle. Wszyscy obecni w świątyni zachowywali się swobodnie, a jednocześnie z należną powagą. Młode bhaktinki poubierane w sari wyglądały dostojnie, odświętnie. Częściowo odsłonięte kobiece biodra, działają w sposób szczególny na męskie zmysły, ale w tym, konkretnym przypadku, było inaczej – moje libido było uśpione. Dlaczego tak się stało? Odpowiedź przyszła później. Otóż, w czasie uroczystości, wszystkie zmysły, uczucia, są skierowane w jednym kierunku – ku duchowym, religijnym doznaniom. 
Pozytywne wibracje Hari Mantry czuło się wszędzie. Kiedy wyszedłem na zewnątrz, i tam w uszach czułem jej brzmienie, które były łagodne, spokojne, pozbawione jakiejkolwiek agresji
Później po kirtanie, wszyscy zaczęli tańczyć. Do zabawy dołączyły dzieci, nad którymi opiekę roztoczyły młode dziewczyny. Nie jest prawdą, że podczas tańca wszyscy wchodzą w głęboki trans, ponieważ i takie opinie docierały do mnie. Panował radosny nastrój, podobny do tego, którego doświadczamy podczas uroczystości weselnych. Z jedną, zasadniczą różnicą – na weselu biesiadnicy piją alkohol, którego tu nie ma.
Na zakończenie uroczystości odbyła się biesiada, ale to nie jest tematem posta.

â
Podsumowanie.

Następnego dnia, po uroczystościach wybrałem się pieszo na Skalnik. Tkwiła we mnie intonowana w czasie uroczystości mantra. Idąc pod górę, powtarzałem ją w myślach. Okazało się, że drogę na szczyt pokonałem szybciej niż zwykle, z mniejszym wysiłkiem. Przekonałem się osobiście, jak dużą moc posiadają intonowane mantry.


Mantry są świętymi, boskimi energiami, dlatego wymagają, by traktować je z szacunkiem. Często zdarza się, że samo słowo ,,mantra” jest nadużywane w potocznej mowie. Rozumiem, że nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę, dlatego staram się w takich sytuacjach zwracać uwagę, w bardzo delikatny sposób.

Regularnie nie intonuję, żadnej konkretnej mantry, ale podczas jazdy rowerem, kiedy mam do wyjechania jakąś górę, na przykład Przełęcz Okraj [12 kilometrów po serpentynach], wówczas przypominam sobie, że mam szczególnego ,, pomocnika” – mantrę, i wtedy z niej korzystam. 
â

Żeby uzmysłowić, jak wielką moc mają boskie mantry, intonowane przez osoby uduchowione, posłużę się historią, którą Pandit Rajmani Tigunait zamieścił w swojej książce, zatytułowanej Mantry. Słowa mocy.

     W mieście Kampur w Indiach żyła kiedyś święta kobieta. Czując, że jej życie pobiega końca, odizolowała się w swoim pokoju i skupiła na powtarzaniu mantry guru, w którą została zainicjowana. Sześć miesięcy później zachorowała i czas odejścia jej był bliski. Wszyscy członkowie rodziny kochali ją i nie mogąc zrobić nic innego, chcieli jedynie być blisko niej i przez cały czas jej towarzyszyć. Ale ona chciała zostać sama ze swą mantrą.
     Pewnego dnia powiedziała synowi: - Nie towarzyszcie mi, proszę. Po tej ścieżce każdy musi przejść sam. Jest ze mną imię Pana. Raduję się bardzo i nic nie może mnie przywiązać do tego śmiertelnego poziomu.
     Jej syn zapłakał: - Już mnie nie kochasz? Jesteś przecież moją matką?
    A ona odpowiedziała: - To, co miało się stać, już się stało. Jestem wolna od wszelkich lęków i obaw. A ty jesteś przywiązany do mego śmiertelnego ciała, ale to tylko skorupa, którą ty nazywasz ,,Matką”.
     Rodzina uszanowała jej ostatnie życzenie i staruszka opuściła swe ciało w pokoju. Po jej śmierci Swami napisał: ,,Ściany pokoju, w którym mieszkała, wibrowały dźwiękiem jej mantry. Każdy, kto wszedł do środka, odczuwał dźwięk emanujący z tych murów. Ktoś powiedział mi, że mury tego domu wciąż promieniują jej mantrą. Nie mogłem w to uwierzyć. Odwiedziłem, więc ów dom i okazało się prawdą – dźwięk wciąż tam wibrował”.
     Przez nieustanne powtarzanie i medytowanie nad swoją mantrą, staruszka umocniła swój wewnętrzny świat i mantra stworzyła nową rzeczywistość.  

video


Uważam, że:

Mantrę możemy intonować o każdej porze dnia i nocy, w każdym miejscu,
 z kimś i osobno. 
Wybór i rodzaj mantry należy do nas.
Mantry są własnością nas - wszystkich ludzi Świata.
Należy przy tym pamiętać, że dźwięki te otrzymaliśmy od Boga
 i kierujemy do Boga. 

ez[o]

środa, 16 lutego 2011

Powiew hinduizmu - W świątyni (1)



Z Wałbrzycha - mojego miejsca zamieszkania do Czarnowa jest trzydzieści sześć kilometrów. Do Czarnowa, przeważnie jeżdżę rowerem, ale tym razem stało się inaczej. Nie chciałem ryzykować, ponieważ za dwa tygodnie miałem planowany zabieg chirurgiczny. Lepiej nie kusić losu. Zapakowałem plecak, pożegnałem się z Danusią i Helioskiem i ruszyłem w drogę. Dojechałem mikrobusem do Kamiennej Góry. Tu małe rozczarowanie, chociaż po cichu liczyłem się z tym, że mogą być trudności z dojechaniem do Czarnowa. Dopiero za trzy godziny miałem autobus. Oczywiście, nie zastanawiając się, ruszyłem pieszo. Tak miało być. Pogoda mi sprzyjała. Jedynie brak pobocza na drodze, zmuszał mnie do większej uwagi, ponieważ ruch na niej jest dość duży, ponieważ jest to trasa z Jeleniej Góry do Wałbrzycha.
Na końcu Pisarzowic zaczyna się droga do Czarnowa, która jest słabo oznaczona. Od tego miejsca do końca Czarnowa, gdzie znajduje się farma i świątynia, wiedzie wąska droga, systematycznie pod górę [3,5 km].. Oczy można nacieszyć pięknymi, górskimi widokami. W tym miejscu, zdolności literackie Anny http://nauroczysku.blogspot.com/, by się przydały, ponieważ jest Ona mistrzynią narracji literackiej, wena Jej sprzyja jak mało komu. Cisza, ruch samochodów prawie żaden, pozwolił mi, że poruszałem się środkiem drogi, zupełnie wyluzowany, wcale się nie spiesząc. Cóż za radość.


Idąc przez Czarnów, miałem wrażenie, jakbym się przeniósł do austriackiej wioski, gdzie panuje porządek wokół domów, drzewo do palenia na zimę jest poukładane pod dachem. Domy są porozrzucane po obydwu stronach drogi. Jedne znajdują się w dole, inne z kolei – posadowione gdzieś wysoko, powyżej drogi. Czerwone dachy domów kontrastują z zielenią górskich lasów. Nie ma tu miejsca na monotonię. Mieszkańcami są, jeśli nie wszyscy, to w zdecydowanej większości bhaktowie, którzy przyjechali tu z różnych części Polski. Przybyszowi z zewnątrz, rzuca się w oczy to, że w oknach nie ma firanek ani zasłon. Dlaczego tak jest?
Mieszkańcy uważają, że firanki, zasłony są pewnego rodzaju kurtyną - zaporą, która odcina od świata zewnętrznego. Często możemy zauważyć, że niektórzy ludzie wywieszają pranie na balkonach, tarasach, w taki sposób, że zasłaniają nim okna. Nie jest to nic innego, jak - świadome, a niekiedy podświadome – izolowanie się przed innymi ludźmi. Ktoś powie, że okno bez firan wygląda nieestetyczne, być może - tak. Przebywając w domu bhaktów, nie odniosłem takiego wrażenia, o czym nie mogę powiedzieć będąc w swoim mieszkaniu, w ,,blokowisku”, gdzie sąsiad zagłada do okien sąsiada.



Farma i świątynia są prawie na końcu wioski, skąd droga prowadzi do schroniska Czartak, a dalej już tylko na szczyt Skalnika. Dochodząc do świątyni roztacza się wspaniały widok na Góry Izerskie, a sama świątynia, wygląda niepozornie, przycupnięta na zboczu góry, poniżej drogi.


Rześkie powietrze, sprawia, że płuca oddychają inaczej niż na dole w Pisarzowicach. Niezmącony spokój sprawia, że zaczynamy czuć się odprężeni, umysł się wycisza. Miałem możliwość spędzania w tym miejscu wiele dni. Noce tu są niepowtarzalne. Zupełna cisza, wokoło ani jednego światła, tylko rozgwieżdżone niebo. Takiego widoku nocnego nieba nie doświadczyłem nigdzie do tej pory. Doskonały moment do medytacji.
Złapałem się kiedyś, że podczas medytacji straciłem rachubę czasu. Wydawało mi się, że przebywam na dworze pół godziny, a okazało się, że minęły dwie. Jedynie chłód, który się potęguje z każdą minutą, może być miernikiem upływającego czasu.

Jest dzień 3 września 2009 roku, kiedy to obchodzone jest święto urodzin Pana Kriszny – odpowiednik naszego [katolickiego] Bodego Narodzenia. W tym dniu zjeżdżają się bhaktowie z różnych regionów Polski.
Przenieśmy się do świątyni, jest wczesne popołudnie. W kuchni przygotowywana jest wieczerza. Wstęp do kuchni mają tylko osoby, które są oczyszczone fizycznie i duchowo. Każdy wie, co ma robić, organizacja pracy wzorowa. Każdy pracuje w skupieniu, przyrządzając potrawę, która jest jego specjalnością. W tym czasie, w świątyni odbywają się różne uroczystości. Kucharze poprzez głośniki słuchają tego, co się dzieje na górze, uczestnicząc w ten sposób w uroczystościach. Każdy posiłek jest ofiarowany Krisznie, dopiero później spożywany, jako tzw. prasadam.  

Uroczystości trwają wiele godzin. Nikogo nie dziwi błysk flesza, ani obecność kamer filmowych. Jest to coś tak naturalnego, jak bawiące się dzieci podczas uroczystości, które poruszają się swobodnie, oczywiście nie zakłócając spokoju. Na mój ,,cywilny” ubiór nikt nie zwraca uwagi, podobnie jak na moją Przyjaciółkę M*, ubraną w spodnie dżinsowe, gdzie bhaktinki mają na sobie odświętne sari. Zdarza się, że niektórzy są ubrani podobnie jak ja. To, że jestem osobą spoza wielbicieli Kriszny, odróżnia mnie także brak wymalowanego na czole, specjalną glinką tilaka.
W świątyni wszyscy są traktowani jednakowo, nie ma tu żadnego znaczenia wykształcenie, zawód. Mamy możliwość poznać ludzi różnych profesji, zaczynając od opiekuna krów [ważna osoba], poprzez aktorów, a kończąc na nauczycielach akademickich. Jestem ciekaw, jaka byłaby reakcja wiernych, w naszym katolickim kościele, wówczas, kiedy podczas mszy pojawiłyby się kobiety w hinduskich sari?

video

Uczestnictwo w uroczystościach nie ogranicza się tylko do intonowania maha-mantry [wielkiej mantry], która jest głównym motywem wszystkich ceremonii. Kobiety oddają się różnym zajęciom, które mają związek ze świętem. Szyją ubranka dla bóstw, robią girlandy, wianki, które później trafią na ołtarz.
Według mnie, tworzenie podczas uroczystości – to nic innego jak podwójnie aktywne uczestnictwo, wzmacnia pozytywne wibracje, które są przenoszone na wszystkich uczestników, a ponadto oddają bezpośrednią cześć bóstwom. Kiedyś widziałem kobietę, która w trakcie uroczystości naprawiała ubranko swojego dziecka. Nikt nie zwracał na to uwagi. Według mnie czyniła dobro, nie zakłócając tym uroczystości. Co by zrobił, w takiej sytuacji ksiądz w ,,naszym” katolickim kościele?     

video


video
          
Podczas uroczystości można wysłuchać wykładu, który prowadzi ktoś wcześniej wyznaczony. Jest to rodzaj doskonalenia duchowego lektora, jak i wszystkich słuchaczy. Czytane są fragmenty Wed, które opiewają życie świętych postaci. Po czym prowadzona jest dyskusja na ten temat, oraz ocena lektora, który przygotował wykład.
Kiedyś byłem świadkiem wydarzenia, kiedy po wykładzie młodego człowieka, rozgorzała dyskusja, kiedy sporo osób zabierało głos, on siedział rozpromieniony, widać było na jego twarzy napięcie, które przeplatało się z uśmiechem, w zależności od tego, co się działo w świątyni. Padały konkretne pytania, skierowane do niego. Chwilami wydawało mi się, że jestem w uczelni i obserwuję studenta, zdającego egzamin przed wysoką komisją. Ostatecznie ów lektor został pochwalony przez wszystkich zgromadzonych bhaktów. Widać było na jego twarzy autentyczną radość i odprężenie. Po zakończonej uroczystości, kiedy szykował się do odjazdu, osobiście podziękowałem Mu za wykład, który wniósł w moje życie, nowe wartości. Wtedy nastąpił moment, którego się nie spodziewałem. Ukłonił się nisko i powiedział: ,,Dziękuję Ci za dobre słowa, które dla mnie znaczą wiele, bo zostały wypowiedziane przez osobę z dużym doświadczeniem życiowym”. Od tej pory nie udało mi się spotkać w Czarnowie tego mężczyzny.

video

Program uroczystości jest bardzo bogaty. Towarzyszy mu wspólne intonowanie mantr [bhajan], kąpiel Bóstwa [abhisek]. Podobnie jak w większości obrzędów religijnych, podobnie w świątyni Kriszny, ważną rolę odrywa ogień i kadzidełka, których specyficzny zapach [w pierwszej chwili odrobinę duszący], plus do tego dźwięki instrumentów muzycznych sprawiają, że dobre energie z każdą minutą nasilają się. Świątynia zaczyna wibrować, zaczyna się kirtan - uczestnicy zaczynają tańczyć i intonować pieśni. Panuje radosny nastrój, trochę piknikowy, a jednocześnie dość podniosły. Trudno to porównać z czymś innym. Ktoś powiedział mi, że biorący udział, wpadają w trans. Zupełna bzdura.
Pamiętam jak moja Przyjaciółka M*, po jednej z uroczystości, kiedy wracaliśmy do domu, powiedziała coś ważnego i zarazem oczywistego. Wyraziła swoje zadowolenie, że spędziła mile czas i wraca oczyszczona, z nowymi siłami do pracy. Stwierdziła, że można  bawić się całkiem fajnie, bez grama alkoholu.

video

video

Finałem uroczystości jest uczta, która rozpoczyna się dość późno, niekiedy o północy. Posiłkom poświęcę nieco więcej miejsca w drugiej części tego tryptyku. Tak się składa, że ostatnio Ania pisała obszerny artykuł na temat posiłków, z uwzględnieniem aspektu, nazwijmy ,,duchowego”, który ma dla naszego organizmu niebagatelne znaczenie. http://nauroczysku.blogspot.com/2011/02/co-w-magicznym-kotle-wre.html
Podczas uczty siedzi się na podłodze. Jak wcześniej wspomniałem, potrawy są darem dla Kriszny, a w drugiej kolejności mają służyć, jako posiłek – rozkosz dla podniebienia. Nie radzę nikomu, by przed ucztą coś jadł, ponieważ w czasie jej trwania, co chwila, obsługujący ,,kelnerzy”, dokładają coś innego, coś smakowitego. Zapamiętanie nazw potraw jest nie lada wyczynem, ponieważ wszystkie mają nazwy indyjskie. Głównymi ich składnikami są owoce, ryż, masło, sery, przyprawy, miód i wiele innych dodatków. Do tego dochodzą ,,smakołyki”, których głównym składnikiem jest mleko i wiórki kokosowe.



Podczas uczty biesiadnicy rozmawiają ze sobą na różne tematy. Większość z nich zna się od dawna, spotykają się ze sobą dość często. Kiedy ucztowałem pierwszy raz, nie pozostawiono mnie samemu sobie. Siedzący obok mnie bhakta, nawiązał ze mną rozmowę.  Dzielił się ze mną swoją wiedzą na temat spożywanych potraw.
Kiedyś w czasie uczty podano startą, gotowaną marchewkę, której smak czuję w ustach do dziś. Poprosiłem Mitrę Hari [mnicha], by zdradził mi tajemnicę, jak przyrządzić tą potrawę. Przepis okazał się prosty, ale prawie niemożliwy do wykonania przeze mnie – potrzebne jest mleko, masło i odrobina miodu - wszystko pochodzące z ekologicznej farmy.

â

Kiedy wracam do domu z Czarnowa, jestem wyciszony, z zapasem pozytywnych energii, których tak bardzo nam potrzeba. Spotkanie z ludźmi, którzy mają w sercu dobro, radość, optymizm, jest nam potrzebne, po to, żeby dawać je innym, zatroskanym ludziom. Na moje wyjazdy do Czarnowa, krewni patrzyli nieprzychylnie. Teściowa, która jest zagorzałą katoliczką, wręcz ostrzegała żonę: - Tylko, ty Danka uważaj, żeby Edek nie wciągnął cię do tej religii. Teraz po latach, zmieniła zdanie, patrzy na wszystko ,,innym okiem". Wszystko wymaga czasu, by okrzepło, dojrzało, nabrało kształtów. Powtórzę, że najważniejsze dla mnie jest to, że za każdym razem, z Czarnowa WRACAM LEPSZY - jestem tego pewien.