niedziela, 18 grudnia 2011

Victorian Romantic Tarot [11]


KOŁO FORTUNY
Archetyp: Koło losu.
Określenie: Koło Fortuny - Rota Fortunae – w filozofii starożytnej i średniowiecznej, koncepcja odnosząca się do kapryśnego charakteru losu. Koło obracane przez boginię Fortunę.
Fortuna – w mitologii rzymskiej bogini kierująca ludzkimi losami. Była odpowiednikiem greckiej bogini Tyche. Jej kult w Rzymie wprowadził król Sergwiusz Tuliusz. Fortuna jest przedstawiana z zawiązanymi oczyma i z rogiem obfitości. Na awersach rzymskich monet przedstawiana ze sterem i rogiem obfitości, czasem z kołem w tle, czasem z gałązką oliwną i paterą.
Wikipedia


Niedawno moje szlachetne Koleżanki – Ola http://tarotmojapasja.blogspot.com/ i Thelema  http://tarotmojadroga.blogspot.com/, napisały posty o… Kole Fortuny. Obydwa bardzo ciekawe, merytoryczne, bo inaczej nie może być, ponieważ ich autorami, a właściwie, autorkami są Panie, które o Tarocie wiedzą bardzo dużo, a najważniejsze jest to, że potrafią swoją wiedzą podzielić się z innymi. Trudno byłoby porównać obydwa, wspomniane posty, z tym tekstem, który piszę obecnie, ponieważ od początku, kiedy zacząłem pisać o Tarocie Wiktoriańskim, z góry zakładałem, że będą to tylko i wyłącznie krótkie opisy kart i związane z nimi przemyślenia. Tej konwencji trzymam się prawie „sztywno”. Wyjątek stanowiły krótkie opisy, a właściwie ciekawostki, moje spostrzeżenia z numerologii, dotyczące liczb karmicznych, które wynikały z omawianego arkanu. Bodajże dwa razy, o ile dobrze pamiętam, zarzucono mi, że dopuszczam się spłycania tematu (o Tarocie), co prostowałem, tłumacząc, w taki sam sposób, jak to uczyniłem przed chwilą. [Tekst wytłuszczoną czcionką}.

Wracając do omawianego Dziesiątego Wielkiego Arkanu – Koła Fortuny, to wbrew pozorom, nie jest to arkan łatwy do interpretacji, przynajmniej tak twierdzą znawcy tematu, o czym zdążyłem się sam wielokrotnie przekonać.

Kładę przed sobą kartę Koło Fortuny z Tarota Wiktoriańskiego. Karta ta jest zdecydowanie inna, niż te, które zwykliśmy oglądać, na co dzień. Brak na niej, jednego, jakże ważnego elementu – koła. Istnieją inne talie, w których wspomnianego koło nie zobaczymy. Przykładem może być Ramses Tarot, który przedstawia sceny z życia starożytnych Egipcjan.
Powracam do omawianej karty – Koła fortuny z Tarota Wiktoriańskiego. Na pierwszym planie widzimy siedzącą na trawie postać. Nietrudno rozpoznać, że jest nią ptasznik, który czuje się swobodnie, nie jest skrepowany, chociaż ku temu mógłby mieć powody. Prawdopodobnie, odwiedził go, namiestnik króla bądź innego monarchy. Przyjechał na koniu w asyście, co najmniej jednej osoby, którą widać na dalszym planie. Cel wizyty namiestnika, możemy odczytać po rekwizytach, jakie trzyma w rękach. W sposób uroczysty, podniosły, na poduszce trzyma złotą koronę. Poduszka spoczywa na złotej haftowanej kapie, która jest dopełnieniem królewskiego majestatu. Wszystko to odbywa się w scenerii, która ma symboliczne znaczenie. Ptasznik otrzymuje propozycję, która polega na tym, żeby…. No właśnie, na czym? Nie trudno się domyśleć. Los ptasznika jest w jego własnych rekach. Wystarczy jedno słowo, a może stać się bogatym, może objąć wysoki urząd – propozycja na wskroś kusząca. Czy ją przyjmie? Uważam, że obcowanie z przyrodą, z ptakami, z którymi potrafi się porozumiewać, są dla ptasznika cenniejsze niż posiadanie proponowanych bogactw – materii, która dla niego jest mało znacząca. Na tym obrazie (karcie) widzimy siatkę i klatkę, a na niej siedzącego ptaszka. Przedmioty te, mają głębokie symboliczne znaczenie. W tej sytuacji, uważam za stosowne zacytować słowa  Czuang-Tsy’ego, który powiedział:
„Bażant błotny musi zrobić dziesięć kroków dla jednego kęsa, a sto kroków, żeby się raz napić, ale mimo to nie pragnie być żywiony w złotej klatce. Choć ma tam, czego dusza zapragnie, nie cieszy go wcale”.


Przemyślenia. Jak twierdzą znawcy tematu – Wszechświat jest w ciągłym rozwoju, w tym także nasza planeta – Ziemia, która jest w nieustającym ruchu, zsynchronizowana z innymi ciałami niebieskimi.
Na Ziemi trwa niekończący się cykl – narodzin i śmierci. 
W tym cyklu uczestniczymy MY – ludzie – żyjący i ci, co odeszli. W kolejce czekają następni. Kiedy nastąpił odpowiedni moment, z góry wyznaczony z dokładnością do minuty, podobnie jak inni ludzie, przyszedłem na Świat – zostałem włączony, jako uczestnik, do tego niezwykłego „spektaklu”, gdzie przydzielono mi odpowiednią rolę do „odegrania”. W tym Teatrze można otrzymać rolę pierwszoplanową, ale w moim wypadku, jest to drobny epizod, który mógłby zostać obsadzony przez statystę. Niezależnie od przydzielonej roli, wszyscy, bez wyjątku, po jej kreacji muszą zejść ze Sceny. Jeśli sprawdzę się na scenie – zagram dobrze swoją rolę, być może następnym razem, zostanie mi powierzona ważniejsza, pierwszoplanowa. W przeciwnym razie, przyjdzie mi statystować, jeden Bóg raczy wiedzieć jak długo. 

 Narodzinom dziecka towarzyszą różne wypowiedzi członków rodziny, a często także ludzi postronnych. O jednym mówią, że urodził się w czepku, inni znów narzekają, że ich dziecko przyszło na świat w złą godzinę, a jeszcze inni cieszą się, że ich córka urodziła się pod szczęśliwą gwiazdą. Wszyscy mają rację, ale zapominają, że każdy ma do odegrania wspomnianą wcześniej rolę. Jak jest bogaty, musi być też biedny; jeśli jest kobieta, musi być także mężczyzna; jeśli jest zdrowy, to nie sposób, żeby świat obył się bez kalek. Mówiąc inaczej. To biedacy na swoich plecach niosą ciężkie worki z pieniędzmi, należące do bogatych; to właśnie kalecy wspierają pięknych i zdrowych, którzy, niestety najczęściej gardzą i nie szanują tych nieszczęśników. Uważaj na to, co robisz, kontroluj swoje czyny!

Dzisiaj grasz rolę pierwszoplanową,
ale jutro może zabraknąć dla ciebie miejsca na scenie.
Będziesz musiał zadowolić się  epizodem,
granym w amatorskim teatrzyku. 
Pojawiają się inne określenia, np. los, dola, niedola, które najczęściej są postrzegane, jako coś złego, coś, na co nie zasłużyliśmy. Synonimem fortuny, który funkcjonuje w naszych umysłach jest duża suma forsy wygrana w totka lub w kasynie, bądź spadek po bogatym krewnym. A koło fortuny jawi się jako okrągła tarcza, a na niej widnieją liczby z wieloma zerami. Wystarczy koło fortuny wprawić w ruch, a być może szczęściarzowi uda się wygrać dużą sumę pieniędzy.

Każdy z nas jest posiadaczem niewidzialnego koła (fortuny), a na nim, zamiast cyferek z wieloma zerami, jesteśmy my – ludzie z krwi i kości. Obracamy się cały czas, każdy ze swoją, z góry ustaloną prędkością. Można zadać sobie pytanie: „Czy jest lepiej dla mnie obracać się wolno, a może szybciej”? Możemy dokonać eksperymentu, który pomoże odpowiedzieć na nurtujące pytanie. Posłużę się urządzeniem, jakie możemy obejrzeć w lunaparkach – diabelskim młynem, który swoją nazwę zawdzięcza wrażeniom, jakie odczuwają jego użytkownicy.  

Wszyscy, którzy zajęli miejsca na krzesełkach na zewnątrz, diabelskiego młyna (koła fortuny), będą poruszali się znacznie szybciej, niż zasiadający bliżej środka, a osoba, której udałoby się usadowić w środku, nie czułaby prawie wcale, że diabelski młyn (koło fortuny) obraca się. Zajęcie konkretnego miejsca na diabelskim młynie (kole fortuny) determinuje człowieka, do różnych zachowań, które nie zawsze są z góry przewidywalne. Ci wszyscy, którzy znaleźli się na zewnątrz, to prawdopodobnie karmiczne Siódemki, (tarotowy Rydwan), które mają zapisany „ruch”, to ludzie z żywiołu Ognia. Natomiast siedzący bliżej środka, to karmiczne Piątki (Arcykapłan), który ma „we krwi” pouczanie, a Powietrza jest ich żywiołem. Ten najbliżej środka to prawdopodobnie jest osobą, której żywiołem jest Ziemia, to karmiczna Dziewiątka i być może jest to zodiakalny Byk, któremu się nie spieszy, on wie swoje – zamierzony cel osiąga powoli, bez nerwów. To były tylko niektóre przykłady, które mogły wprowadzić odrobinę zamętu, który znika po dokładniejszym zapoznaniu się z cechami znaków Zodiaku i archetypami arkanów Tarota, czy znajomością podstaw numerologii. Być może, nie jest to jeszcze klucz, a raczej wytrych, pozwalający częściowo zrozumieć sens koła, na którym się obraca każdy z nas i jego wpływ na nasze życie.

Nie możemy zapominać, że wolniej obracające się koło, powoduje, że DOBRO trwa przez długi okres czasu, ale kiedy koło opadnie, okaże się, że ZŁO szybko nie opuści swego właściciela. Odwrotnie jest w przypadku obracającego się szybko koła – krótko dobra passa, krótko kryzys. Wiem, że przetrwanie życiowej „zapaści” nie jest przyjemne ani łatwe. Mogę pocieszyć wszystkich, którzy przynależą do zmiennych znaków Zodiaku (Strzelec, Ryby, Bliźnięta i Panna), że jako przyzwyczajeni, na co dzień do życiowych trudności, łatwiej znoszą czas, kiedy ich koło znajduje się „na dole”.

Koło się cały czas obraca. Niektórzy zapominają, że dzisiejszy sukces, zwycięstwo na stadionie, jest początkiem porażki, czy przegranej z rywalami, i odwrotnie. Dzisiaj wybrano cię miss świata, ale w następnym roku musisz oddać koronę nowej „piękności”. Upadek jest nieprzyjemny (rozstanie z partnerką – Wieża), jest początkiem zmian, które mogą okazać się błogosławieństwem (Gwiazda). Koło wznosi nas do góry – poznajesz nową, kochającą cię osobę. Dopiero teraz rozumiesz, czym jest prawdziwa miłość, bo poczułeś smak zdrady. Tu przychodzi mi na myśl powiedzenie:
Raz na wozie, raz pod wozem. 
Nie trzeba być astrologiem, wystarczy popatrzeć na swój kosmogram urodzeniowy, który ma kształt koła, by dojść przynajmniej do jednego wniosku, dość istotnego. Jeśli, planety są „ rozrzucone” po całym kosmogramie (znajdują się w różnych domach), możemy być bardziej spokojni o swoje życie, niż w przypadku, kiedy planety są skupione w jednym miejscu. Każdy może odpowiedzieć sobie sam, dlaczego tak jest. Można to porównać (stosując analogię) do rozkoszowania podniebienia różnymi pysznościami. Jeśli na stole znajdą się jednocześnie wszystkie potrawy (planety), wówczas nie będziemy w stanie degustować wszystkich, dlatego, że posiadają różne smaki, a łakomstwo może skończyć się w szpitalu płukaniem żołądka. Zdecydowanie korzystniej będzie, gdy kelner będzie podawał po jednej potrawie i w odpowiedniej kolejności, wówczas ucztowanie potrwa wiele godzin, zakończy się o wiele przyjemniej, z pożytkiem dla naszego zdrowia. Planety „rozrzucone” po całym kosmogramie, to bardziej harmonijne życie, niż w przypadku ich skupienia w jednym miejscu, co przeważnie powoduje zamieszanie i chaos.

Oczywiście  na to, co będzie się z nami działo, czego będziemy doświadczać, wielki wpływ mają tysiące różnych czynników, ściśle ze sobą powiązanych, o czym powinni pamiętać wszyscy zgłębiający ezoterykę

Nie należy zapominać, że na obracające się nasze koło, możemy w pewnym stopniu wpływać, na to, co się będzie działo w naszym życiu. Leń swoje nieuctwo będzie usprawiedliwiał złą karmą, złym losem, który otrzymał od Najwyższego, zamiast zakasać rękawy i wziąć się za uczciwą pracę, czy też naukę. A takich, niestety jest coraz więcej.

Osobny temat to pieniądze, a koło fortuny. Jeśli komuś nie są one pisane, niech ich nie szuka na siłę. Niektórzy tak są zaabsorbowani „mamoną”, że ich mózg zaczyna źle funkcjonować. Kiedyś Flavio Anusz o takich ludziach powiedział, że tak są zajęci szukaniem pieniędzy, że mogą kopnąć leżący na ulicy portfel i pójść dalej. Inni z kolei zdefraudują służbowe pieniądze, grając w totka. Znam przykład z Wałbrzycha, kiedy biedna rodzina wygrała bardzo dużą sumę pieniędzy w istniejącej kiedyś Loterii Pieniężnej. Za pół roku nie było śladu po pieniądzach, a co gorsze, popadli w… długi, z których nie mogli się wygrzebać. Materia jest potrzebna, ale nie jest najważniejsza. Wszystkich, którzy narzekają na swój los, że nie mają pieniędzy, wysyłam do najbliższego szpitala, ponieważ jestem pewien, że wyjdą stamtąd potulni, uznają, że nie jest tak źle, że ich koło obraca się nieźle.

Na koniec, coś z pogranicza fantazji. Jestem ciekawy, czy ktoś przeprowadzał badania, czy i jaki wpływ na ludzi ma miejsce zamieszkania, mając na względzie, może śmieszy fakt, ale prawdziwy, że mieszkający na równiku przemierzają wraz z obracającą się Ziemią większe odległości, niż ci, którym przyszło zamieszkiwać tereny podbiegunowe. Wiem, że fizyk i astronom, może mnie wyśmiać, uznając mój tok rozumowania za niedorzeczny, ale ezoteryk niekoniecznie.

Ez[o]  

piątek, 9 grudnia 2011

Pierwsza rocznica



Mija rok od założenia przeze mnie bloga, dlatego chcę podzielić się swoimi refleksjami, pewnymi spostrzeżeniami, które mogą okazać się niespójne, trochę chaotyczne, ponieważ będę próbował poruszyć kilka wątków.

Przyznam się szczerze, że kilkanaście miesięcy temu, nie myślałem w ogóle o założeniu bloga. Stało się to niespodziewanie, spontanicznie. Doszedłem do wniosku, że skoro piszę „robocze notatki” związane z ezoteryką, które trafiają do do komputerowych szuflad – folderów, to może warto byłoby, chociaż część z nich zamieszczać w Internecie. Myślę, że każdy, kto decyduje się na prowadzenie bloga, w skrytości duszy liczy, że ktoś będzie je czytał, recenzował. Byłbym nieszczery, gdybym powiedział, że inaczej myślę niż inni, ale z drugiej strony – piszę bloga, ponieważ jako stworzenie stadne, potrzebuję kontaktu z innymi ludźmi, którzy w obecnym „zagonionym świecie”, coraz częściej nie znajdują czasu na zwykłą rozmowę. Chcę przypomnieć, że w Polsce popularność blogów jest bardzo duża, zajmujemy trzecie miejsce w świecie pod względem ich ilości. Informacja ta pochodzi z … Internetu. Jak tu żyć bez niego?  Podobno Internet stał się jednym z wielu uzależnień, które trapią człowieka, być może jest to prawda.

Teraz, kiedy rower zawiesiłem na przysłowiowym „kołku”, kiedy więcej czasu spędzam w domu, postanowiłem przyjrzeć się bliżej blogom. Z jednej strony kierowała mną zwykła ciekawość, a po wtóre, wcześniejsze moje wejścia na strony związane z szeroko pojętą ezoteryką, napawały mnie niepokojem, o czym pisałem wiele razy w poprzednich postach.  

Kiedy wziąłem „pod lupę’ posty traktujące o ezoteryce, zauważyłem, że w zdecydowanej większości, ich właścicielami są osoby, które zajmują się Tarotem, a w dalszej kolejności – magią, „czarami”, astrologią. Może ktoś powiedzieć, że wspomniane przed chwilą „czary” to też magia. Co do tego nie mam żadnych wątpliwości, ale rozgraniczam te dwa pojęcia, wychodząc z założenia, że „czary” to wyjątkowa, specyficzna magia. Przynajmniej takie jest moje zdanie, z którym mogą nie zgadzać się niektórzy czarodzieje, czarodziejki, czy wiedźmy. Jeśli by zastosować analogię – porównać blogi do rzek, to wówczas okaże się, że ilość dopływów, które łączą się z główną rzeką, jest olbrzymia, wręcz nieograniczona. By się o tym przekonać, wystarczy wejść na pierwszy z brzegu blog i zobaczyć, które blogi ich autor odwiedza, to przekonamy się, że powstaje cała rozrastająca się logarytmicznie sieć, coraz to nowych blogów.

Nie chciałbym nikogo urazić, ale mam chwilami wrażenie, że jestem w londyńskim Hyde Parku, gdzie podobno można mówić wszystko, z jednym wyjątkiem – nie wolno obrażać królowej. Na blogach nie ma cenzury, tego knebla na ustach – bardzo dobrze, ale chwilami, czytając niektóre teksty, wydaje mi się, że przydałoby się przywrócić ją wobec niektórych osób. Dlaczego wypowiadam się tak zdecydowanie ostro? Przeglądając blogi o tematyce ezoterycznej, natknąłem się na jeden, w którym można było przeczytać „cuda niewidy”. Kiedy w części bloga (O mnie), która ma przybliżyć nam jego właściciela, czytam: Jestem mistrzem Reiki, prowadzę kursy, udzielam porad itd., zaczynam powątpiewać w prawdziwość i kompetencje takiej osoby. Na blogu Ezoteryka i ja, jego autorka Pani Alicja Chrzanowska, o sobie pisze tak: A co tu pisać? Ci, co mnie znają, to mnie znają. A ci, co nie znają, to i tak z tego wpisu niczego się nie dowiedzą”. Bez komentarza. Powracam do „mistrza” Reiki. Kiedy czytałem wywód tego „mistrza”, który myli meridiany z czakrami, to zaczynałem mieć wątpliwości, czy na pewno jest to jawa, a nie sen. Chciałem wysłać emaila do „mistrza”, ale niestety, nie znalazłem nigdzie jego adresu. Pisanie komentarza pod postem uznałem za niewłaściwe. Podobny przypadek obserwowałem w jednym z programów telewizyjnych, gdzie człowiek przebrany w strój maga, „uzdrawiał” wszystkich za pomocą wahadła, stosując wobec wszystkich swoich klientów, taki sam zabieg – odblokowywania czakr, wygłaszając ciągle jedną formułkę. 

Kilka zdań na temat Tarota, który stał się popularny dzięki programom ezoterycznym w telewizji oraz, a może głównie, dzięki Internetowi. Na ten temat pisałem wiele razy, ponieważ leży mi na sercu, by Tarot nie stał się narzędziem kuglarskich sztuczek, by Go nie profanowano. Wiem, że dla większości osób Tarot jest sztuką dywinacji, zgoda. Dla mnie, jest On sposobem na poznawane tajemnic życia. Karty Tarota, dla mnie są Wielką Księgą, która pomaga mi w rozwoju duchowym. Niech każdy wybiera to, co jest dla niego dobre w danej chwili. Ale trudno mi pogodzić się z sytuacją, kiedy Tarota traktuje się jak żurnal z modą, kiedy panienki wymieniają się zdaniami, która Cesarzowa ma ładniejszą sukienkę! Oczywiście jest dużo blogów, w których można znaleźć wiele bardzo dobrych tekstów, pełnych przemyśleń, traktujących o Tarocie. Czytam je z ciekawością, wnoszą one w moje życie duchowe coś nowego, coś, czego do tej pory nie było mi dane poznać.

Odwiedzam także blogi, które są dla mnie galerią „dzieł sztuki”. Nie ma w tym żadnej przesady. Kiedy potrzebuję relaksu, kiedy jest mi źle – klikam na którąś ze stron, gdzie oglądam „artystyczne różności”, które pozwalają mi zapomnieć o kłopotach dnia codziennego. Czy pięknie wyhaftowana makatka, woreczek atłasowy z aplikacjami, zegar – Księżycowa noc i wiele innych, nie są dziełami sztuki? Czy ich tworzenie nie jest szczególną medytacją? Czy w końcu twórcy tych „cudności”, nie współtworzą ezoteryki, a tym samym poprawiają nasze wibracje? Niech każdy odpowie sobie sam na ten grad, pozornie śmiesznych pytań.

Nie mogę pominąć milczeniem jeszcze jednej kwestii, a mianowicie wpisów (komentarzy) pod postami. Osobiście, nie mogę zrozumieć osób, które piszą komentarze, jako „anonimowi”. Wydźwięk tego słowa, nie jest najlepszy, kojarzy mi się z ludźmi, którzy są tchórzliwi, chowają się za plecami innych, nie mają odwagi wyjść przed szereg i powiedzieć, jak w moim przypadku: Jestem Edward Zdunek i mieszkam w Wałbrzychu, dla przyjaciół jestem Edkiem, albo niech przynajmniej używają pseudonimu, który pozwala skontaktować się z nią. Zawsze brzydziłem się anonimami, których miejsce jest jedno – w koszu na śmieci.. Raz pokusiłem się, żeby sprawdzić, kim jest osoba, która skrywała się na moim blogu, jako ”anonimowy”. Dzięki Tarotowi, dowiedziałem się, że jest to Piąty Wielki Arkan – Arcykapłan. Bez komentarza. Być może jestem odosobnionym przypadkiem „dziwaka”, któremu coś nie „pasi” mówiąc młodzieżowym slangiem, ale uważam, że każdy, kto pisze komentarz pod postem powinien podpisać się.

Dzięki blogowi, którego założyłem przed rokiem, poznałem wiele wspaniałych, głównie młodych ludzi, którzy wnoszą w moje życie, eremity, coś pozytywnego, pięknego – zaszczepiają optymizm, radość. Zawsze uważałem, że umiejętność słuchania jest rzeczą trudną, ale jakże ważną. Wsłuchuję się w każdy głos, który niesie jakieś przesłanie, naukę. Słowa krytyki przyjmuję z pokorą, której nigdy za wiele.

Jest jeszcze wiele innych kwestii, o których zamierzałem napisać, ale uważam, że i tak, aż nadto zagalopowałem się.

Dziękuję Wam, moi Internetowi Przyjaciele, że jesteście,
że mogę czytać Wasze mądrości
i oglądać Wasze „cudeńka” własnoręcznie wykonane.

Jeśli kogoś uraziłem – przepraszam!

Ez[o] 

sobota, 3 grudnia 2011

Nasi skrzydlaci przyjaciele



Puk, puk, ptaszek do okienka:
- „Niech tam otworzy panienka;
bo to teraz straszna zima,
nigdzie i ziarneczka nie ma”.

I ptaszynie otworzyli,
ogrzali i nakarmili.

A ptaszyna, wdzięczna za to,
śpiewała im całe lato.


Wierszem Stanisława Jachowicza „Ptaszek w gościnie” zapoczątkowałem tego posta, którego między innymi traktuję, jako apel, o dokarmianie ptaków. 

Mój kolega Henryk Cz., obrońca przyrody, z lornetką w ręku, każdego dnia przemierza kilkanaście kilometrów po terenach przylegających do Podzamcza, największej dzielnicy Wałbrzycha, „doglądając” swoich podopiecznych – ptaków. Dokarmia je, zakłada nowe budki lęgowe, dzięki czemu populacja ptaków pozwiększa się, mimo wypierania ich coraz dalej, przez budowanie nowych marketów. We własnym mieszkaniu posiada inkubatory, w których wylęgają się młode bażanty. Po osiągnięciu odpowiedniego wieku, wypuszcza je na wolność. Henryk jest skromnym człowiekiem, obrońcą przyrody, a wszystko to robi z pasją, zaangażowaniem, poświęcając swój czas. Nikt nie wymaga od nas takiego poświęcania własnego czasu i … pieniędzy, o jakim piszę powyżej. Wystarczy, że spojrzymy przez okno, wyjdziemy na balkon i przekonamy się, że ptaki są wokół nas. Pamiętajmy, że

W okresie jesienno-zimowym, nasi „skrzydlaci przyjaciele”
proszą nas o ich dokarmianie.

Nie możemy być ślepi i głusi. Jeśli ktoś nie ma wystarczająco dużo wyobraźni, niech przez chwilę poczuje się ptakiem, siedzącym na drzewie, które jest targane przez zimny wiatr, a do tego zacinający śniegiem. Jeśli i to nie jest wystarczającym argumentem, by poruszyć jego serce, niech przynajmniej – nie płoszy i nie przegania ptaków. Będąc na spacerze z Heliosem, widzę pod oknami domów, walające się duże ilości chleba, często całe bochenki, które rzekomo są karmą dla ptaków. Tu, na usta cisną się mocne słowa – trzeba być nienormalnym, bezmyślnym człowiekiem, żeby tak robić. Rozkładające się pieczywo, stwarza zagrożenie epidemiologiczne dla środowiska i dla nas - ludzi. Jeśli ktoś naprawdę chce dokarmiać ptaki, niech robi to „z głową”.

Złożone jajka na modrzewie i wyklute maluchy.


Para młodych [u siebie] na naszym balkonie.


Po egzekucji modrzewia.

Mieszkam w bloku – molochu, na piątym piętrze. Jeszcze kilka lat temu, przed blokiem rósł dorodny modrzew, który sięgał mojego piętra. Był on azylem dla ptactwa. Obserwowałem parę gołębi „cukrówek’, które uwiły na nim gniazdo, wykluła się para młodych gołębi, które regularnie, przez dwa lata, przylatywały na nasz balkon, gdzie dokarmialiśmy je. Tu mogą odezwać się głosy o pladze gołębi na osiedlach. To wszystko jest prawdą, podzielam ten pogląd, ale nie możemy popadać w skrajności. Modrzew ten był także przystankiem, miejscem „przysiadu” sikorek, które miały zaledwie kilka metrów do naszego balkonu. Niestety, zarząd wspólnoty mieszkaniowej zadecydował, żeby modrzew ściąć. Egzekucja, tego dorodnego iglaka przebiegała burzliwie. Żona buntowała się, ale … nic nie wskórała. Zrobiło się cicho, smutno, sikorki wyniosły się w inne miejsce, własnoręcznie wykonany karmik trafił do lamusa. Po dwóch latach nieobecności, końcem września na balkon przyfrunęła pierwsza sikorka. Przywitałem ją ziarnami słonecznika. Na drugi dzień, na balkonie była gotowa „stołówka”. Zamocowałem karmik, którego „przepustowość” po tygodniu okazała się za mała – zaczęły przylatywać nowi „stołownicy”. Po drugiej stronie balkonu umieściłem podstawek od doniczki z ziarnami słonecznika. Każdego dnia przylatuje około dwadzieścia sikorek. Dopisuje im apetyt. Oprócz słonecznika zawieszam słoninę i codziennie wlewam do płaskiego naczynia świeżą wodę, która jest niezbędna, ponieważ od trzech tygodni nie padały deszcze. Zimą, kiedy leży śnieg, ptaki mają wody pod dostatkiem. Co kilka dni, zdejmuję resztki niezjedzonej słoniny, a na jej miejsce zakładam świeżą.

Mamy dodatkowy obowiązek, który jednocześnie jest zajęciem, które wykonujemy z przyjemnością. Kilka razy dziennie trzeba czyścić „stołówkę”, wsypywać świeże porcje słonecznika, zmieniać wodę, zamiatać posadzkę na balkonie. Po tych zabiegach pielęgnacyjnych, sikorki niemal natychmiast zjawiają się przy karmikach, z bardzo prostego powodu. Siedzą one na pobliskiej wierzbie i obserwują ruchy na balkonie. Kiedy firanka zostanie zasłonięta, jak na komendę podrywają się i fruną do swojej "restauracji".

Jeśli ktoś decyduje się na dokarmianie ptaków, musi zdać sobie sprawę z tego, że

Ptaki bardzo szybko przywiązują się do miejsca,
gdzie znajdują wyłożoną dla nich karmę.

Dlatego powinniśmy być konsekwentni, nie możemy pozwolić sobie na przerwy w dokarmianiu. Ptak, który zdążył się przyzwyczaić do miejsca, w którym otrzymuje pokarm, staje się zależny od nas. Nasza nierzetelność, może w skrajnych przypadkach doprowadzić do jego śmierci. Uważam, że zanim podejmiemy decyzję o dokarmianiu, wcześniej powinniśmy głęboko się zastanowić, czy będziemy w stanie wywiązać się z tej „niepisanej umowy” ze skrzydlatymi przyjaciółmi”.

Osobnym tematem są karmiki, o których tak naprawdę, niewiele wiemy, a przekonałem się o tym na własnej skórze. W marketach budowlanych jest dużo karmików, które wyglądają bardzo ładnie, są wykonane z dobrych materiałów, ale większość z nich, to atrapy, dekoracje, niespełniające swoich zadań. Między innymi, dlatego postanowiłem sam wykonać karmik. Wiele razy poprawiałem go, udoskonalałem, aż w końcu udało się. Użyłem do tego celu dobrych materiałów – sklejki wodoodpornej i drewna bukowego. Mam cichą satysfakcję z tego, że własnoręcznie wykonałem karmik, który jest funkcjonalny i trwały.

Jako człowiek, który tym życiem rozkoszuje się wiele lat, pozwalam sobie na małą retrospekcję, związaną z omawianym tematem. W latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych, a może i później, w szkołach był przedmiot, który nazywał się „prace ręczne”. Dziewczęta zajmowały się szmatkami, gałgankami, a chłopcy, miedzy innymi wykonywali…. karmiki dla ptaków. Tak naprawdę, to tatusiowie kleili, zbijali budki i karmiki, które ich pociechy niosły do szkoły, by poddać je ocenie nauczyciela. Śmieszne, a zarazem demoralizujące, ale to już mniejsza z tym. Karmiki te były umieszczane w szkole, w różnych miejscach, między innymi, na parapetach, na zewnątrz przy oknach. Miało to walor wychowawczy i poznawczy. Dzięki temu, ptaki były dokarmiane na masową skalę, wyrabiało to wrażliwość i szacunek dzieci do otaczającej przyrody. Było, minęło.


Na zakończenie trochę ezoteryki. W Milikowicach koło Świebodzic, od niepamiętnych czasów, wiosną przylatują bociany do swojego gniazda. Niedaleko od tego miejsca znajduje się luksusowa willa, której właściciel miał „kaprys”, żeby u niego zagnieździły się bociany. Stworzył im idealne warunki do bytowania – na słupach założył obręcze, które miały służyć, jako podstawa do zrobienia gniazda. Kiedy boćki zignorowały te udogodnienie, umieścił gniazdo, które także pozostało puste. Zapomniał ten człowiek, o jednym, że bocian zakłada gniazdo w miejscu bezpiecznym, gdzie będzie czuł się dobrze on i jego potomstwo, gdzie są dobre wibracje. Bocian nie patrzy na gospodarstwo, gdzie jest bogactwo, przepych, stoją luksusowe auta
.
Z kolei, moja znajoma nie mogła dać sobie rady z parą gołębi, która za wszelką cenę usiłowała zrobić gniazdo na jej balkonie. Doszło do tego, że gołębica złożyła jajka na posadzce, na której leżało zaledwie kilka suchych patyków. Nie wiedziała, co ma dalej robić. Kiedy sprawdziłem, co jest jej totemem zwierzęcym, okazało się, że jest nim… gołąb. Doradziłem Marii, żeby nie usuwała tych jajek, by wykluły się pisklęta. Młode gołębie okazały się wyjątkowo spokojne, nie zanieczyszczały balkonu poza strefą, którą wymusiła na nich właścicielka mieszkania. Kiedy młode odfrunęły na zawsze, Maria poczuła pustkę, którą odczuwała jeszcze bardzo długo. Kiedy powiedziałem Marii, że jej drzewem ochronnym jest dziki bez – zaniemówiła. Powiedziała mi, że pierwszym drzewem, jakie zasadziła na działce, był właśnie ten krzew. Zwierzyła się, że kiedy usuwała stare drzewa, za każdym razem omijała stary usychający krzew dzikiego bzu. Robiła to intuicyjnie.

Coraz bardziej stajemy się egoistyczni, nie zważamy na potrzeby innych ludzi. Większość z nas postrzega przyrodę, jako mało znaczącą „dekorację”, którą można dowolnie przestawiać. Nie zapominajmy, że podobnie jak my, także zwierzęta, w tym ptaki, są  Mikrokosmosem, w olbrzymiej machinie, jaką jest Makrokosmos. Musimy żyć w pełnej symbiozie ze wszystkim, co nas otacza, ponieważ nie mamy innej alternatywy.  


video
video

 Ez[o]

Na filmikach - Sikorki na naszym balkonie. 

sobota, 26 listopada 2011

Victorian Romantic Tarot [10]


EREMITA
Archetyp:  Mędrzec.
Określenie: Eremita lub pustelnik (gr. eremites, żyjący na pustkowiu), osoba, która z pobudek religijnych wycofuje się z życia w społeczeństwie i decyduje się na życie w izolacji i celibacie. Poświęca się przede wszystkim modlitwie i życiu w ascezie. Utrzymuje się, jak to miało miejsce u zarania życia pustelniczego w Egipcie i Palestynie, z jałmużny i/lub rzemiosła. 
Wikipedia

Tytuł mojego bloga – Eremita, zobowiązuje, by spojrzeć na Dziewiąty Wielki Arkan Tarota w sposób uprzywilejowany, bardziej szczegółowy, z uwzględnieniem powiązań Tarota z Kabałą Mistyczną i elementami astrologii. Wiem, że dla początkującego – adepta, jest to zadanie trudne, ponieważ każda z wymienionych dziedzin wiedzy ezoterycznej jest rozległa i wymaga od badacza dużo cierpliwości i czasu. By dokładnie poznać jedną z wymienionych wyżej nauk ezoterycznych, trzeba jej poświęcić swoje całe dorosłe życie. W tym, co piszę nie ma żadnej przesady. Dlatego, najczęściej ezoteryk skupia się np. na zgłębianiu Tarota, a inne dziedziny nauk tajemnych traktuje, jako uzupełnienie, bez których wiedza o Tarocie byłaby niepełna, mocno zawężona. Cały czas jestem na początku tej fascynującej drogi, chociaż od kilkunastu lat zgłębiam ezoterykę. Mogę ją porównać do turysty, który przed chwilą wstąpił na szlak i po przejściu kilometra, rozłożył mapy i zapoznaje się z topografią terenu.

Postaram się, w sposób bardzo ogólny, uproszczony przybliżyć Dziewiąty Wielki Arkan Tarota – Eremitę, w powiązaniu z Drzewem Życia.
Sefira Chesed (Miłosierdzie) leżąca po prawej stronie, łączy się z Sefirą Tifereth (Piękno), która znajduje się po środku, w centrum Drzewa Życia, tworząc w ten sposób ścieżkę, na której usytuowany jest Eremita. Ścieżkę zaznaczyłem czerwonym kolorem. Sefirze Chesed przyporządkowana jest planeta Jowisz, natomiast Sefirze Tifereth – Słońce - niezwykła planeta, bez której życie na Ziemi byłoby niemożliwe. Eremita podąża ścieżką w kierunku centrum Drzewa Życia. W tym momencie odkrywamy coś, co jest zadziwiające, a jednocześnie niezwykle proste i zrozumiałe dla każdego człowieka. Eremita przemierza drogę od Miłosierdzia i Obfitości (charakterystyka Jowisza) do Piękna i Światła oraz sił witalnych, które charakteryzują Słońce. Eremita jest postacią niezwykłą. Posiada bagaż doświadczeń, który inspiruje Go do przemyśleń nad sensem życia, robi „rachunek sumienia”, zadaje sobie wiele pytań, na które sam musi znaleźć odpowiedź. Na horyzoncie pojawi się Słońce, które Eremicie rozświeci drogę [dozna olśnienia} i doda sił witalnych, których tak bardzo Mu brakowało.   

Powyższy przykład uświadamia, że nawet bardzo ogólna, mocno zawężona znajomość Drzewa Życia i cech charakteryzujących planety, pozwolą lepiej zrozumieć Tarota. Możemy dokonać podobnych analiz z pozostałymi Arkanami Tarota, ponieważ każda karta ma swoje, określone miejsce na Drzewie Życia. Dzięki takim, nieskomplikowanym analizom, może spaść kolejna kurtyna, która odsłoni nowe, dotychczas skrywane przed nami tajemnice Tarota. Oczywiście, jest zaledwie ziarnko piasku podniesione na pustyni, ale trzeba od czegoś zacząć.    

Kładę przed sobą kartę i oto:

Widzę Starca siedzącego na skale, który ma bose nogi, co dobitnie świadczy, że ma On bezpośredni kontakt z Ziemią. Kontrastująca z Jego ubraniem, długa, siwa broda to znak, że przeżył „na tym świecie” wiele lat. Posiada przy sobie ważne (symboliczne) rekwizyty: kosę, którą trzyma w prawej ręce {świadomej], świadczy o tym, że jest przygotowany na spotkanie ze śmiercią, pogodził się z faktem, że Jego czas na tym materialnym świecie powoli dobiega końca. Natomiast w lewej ręce trzyma klepsydrę, w której przesypujący się piasek odmierza ubywający czas. On doskonale wie, że z chwilą pierwszego krzyku, oznajmiającego przyjście dziecka na świat, zostaje uruchomiona klepsydra. Przesypujący się piasek, zaczyna odmierzać czas. Kiedy ostatnie ziarnko spadnie na dół – życie dobiegnie końca.  Od momentu narodzin, zaczynamy zbliżać się do śmierci. Czysty paradoks, nad którym mało kto zastanawia się. Miejsce odosobnienia, jakie wybrał dla siebie Starzec jest piękne, a jednocześnie trochę dzikie i tajemnicze. Znajduje się z dala od ludzi, ale nie jest tu sam. Ma On kontakt z przyrodą, która akurat w tym przypadku jest dosyć ponura, zimna, co wywołuje lekki, wewnętrzny niepokój. Starca otaczają góry porośnięte drzewami, u podnóża, których rozpościera się jezioro, z którego wystają liczne skały. W tle widoczne niebo z błękitnymi chmurami. Na horyzoncie majaczy ośnieżona góra. W tym obrazie zawarte są trzy, z czterech żywiołów: Ziemia, Woda, Powietrze. Brak jest w nim tego, jakże ważnego żywiołu – Ognia. W miejsce, gdzie widzimy Starca „nie zagląda” Słońce, czego dowodem jest obecność mchu, który rośnie na skale. Obraz niezwykle statyczny, odczuwa się w nim nastrój zadumy i czekania. 

Dwa wyżej wymienione rekwizyty: kosa i klepsydra, mogą posłużyć, jako temat do medytacji nad sensem naszego życia.


Przemyślenia. Każdy z nas odgrywa „tarotowe” postacie. Raz zakładamy strój Maga, innym razem wcielamy się w Arcykapłana, by któregoś dnia zachować się jak Głupiec. Niezależnie od znaku Zodiaku, liczby karmicznej, a nawet bez względu na wiek, najczęściej przychodzi nam być Eremitą. Każdy człowiek ma potrzebę bycia samemu, by w spokoju i ciszy odizolować się od życia zewnętrznego. Artyści estradowi, sportowcy, wróżbici, ludzie mediów i im podobni, którzy wypalają się energetycznie, mają większą potrzebę niż inni, zamykania się w pokoju na wiele godzin. Jest to cena, jaką przychodzi im płacić za popularność, za bycie sławnym, za pieniądze. Ostatnio coraz częściej, ludzie przenoszą się za miasta, gdzie budują swoje domy. Jedni liczą na spokój, dla innych jest to ucieczka przed… ludźmi, przed problemami osobistymi. Nie tędy droga!
Ja nie muszę ubierać pustelniczych szat i grać roli eremity, ponieważ jestem w tej fazie życia, która jest przyporządkowana właśnie Dziewiątemu Wielkiemu Arkanowi. Moja ,,jesień życia” jest faktem, z którym się oswoiłem na dobre, a nazwa mojego bloga, jest tego przykładem. Z perspektywy czasu, przypominam sobie, kiedy jeszcze jako młody człowiek, nie zastanawiałem się jak będzie wyglądało moje, nazwijmy je kolokwialnie ,,emeryckie życie. Można zadać pytanie: Czy będąc na tej ścieżce z racji wejścia w życiową fazę tarotowego Eremity, idzie się po niej, czy biegnie się? Raczej to drugie, a nawet więcej – nie biegnie się – pędzi się! Jest to droga, która prowadzi w dół – po równi pochyłej – nie ma innej alternatywy. Kiedy prześledzimy jeszcze raz to, co napisałem (w wielkim skrócie) o wędrówce Eremity po ścieżce na Drzewie Życia, która prowadzi z Chesed [Miłosierdzie] do Tifereth [Piękno], to przekonamy się, że na planie fizycznym (życiu ziemskim) zobaczymy starego człowieka – eremitę i jego życie, które przybiera różne formy, często mało przyjemne, gdzie na przykład poruszanie się stanowi duży problem, gdzie choroby – pasożyty atakują swoją ofiarę bez opamiętania. Ale należy pamiętać, że mają one przyzwolenie od ofiary, którą tak bardzo ,,pokochały”. Przyzwolenie to może mieć swój początek w niewinnie wyglądających zdarzeniach, których autorami jesteśmy my sami. Jeśli eremita (czytaj – starszy człowiek) zadba o swoje ciało eteryczne, wówczas na planie fizycznym będzie on doświadczał wielu całkiem przyjemnych zdarzeń. Na przykład jego kondycja będzie na względnie wysokim poziomie, a ta z kolei nie dopuści do tworzenia się ognisk chorobowych, o czym niedawno pisałem, kiedy omawiałem Ósmy Wielki Arkan Tarota – Moc. Często przychodzimy na Świat z określonymi obciążeniami karmicznymi, które musimy przerobić, przepracować. Nie znaczy to, że możemy całą winę za choroby i różne inne ,,niedogodności życiowe” złożyć na ołtarzu karmy. Planety w pewnym stopniu determinują nasze życie, ale nie zapominajmy, że jest coś, co nazywa się siłą woli, którą możemy i powinniśmy kształtować sami, a tego typu działania niektórzy astrolodzy nazywają zabarwieniem kosmicznym. Znaczy to, że w dużej mierze, nasze życie zależy od nas samych.
Nie sposób pominąć milczeniem, jakże ważnej kwestii – rozwoju duchowego, który najgłębiej, najmocniej odczuwa starszy człowiek – eremita. Często słyszy się wypowiadane uwagi przez młodych ludzi, że: „Stare kobiety, które boją się śmierci, zaczynają chodzić do kościoła”. W myśl powiedzenia: Jak trwoga, to do Boga. Być może, jest to prawda; ale nie do końca teza ta jest prawdziwa. Osobiście uważam, że na wszystko jest czas, w tym także na rozwój duchowy, który przeważnie przypada na ,,jesień życia”. Sam wiek nie jest przepustką, która gwarantuje człowiekowi osiągnięcia wyżyn rozwoju duchowego. Wśród młodych ludzi zdarzają tacy, którym jest dane doświadczać oświeceń duchowych na najwyższym poziomie. Zanim staniemy się eremitami, musimy przejść przez szereg życiowych etapów. Na początku trzeba zapewnić sobie i rodzinie byt materialny, który jest podstawą egzystencji. Tu prym wiedzie tarotowy CESARZ, który jest niekwestionowanym mistrzem w dziedzinie zdobywania dóbr materialnych i ich gromadzeniu. Czyni to w sposób uczciwy, a gromadzona materia jest efektem jego ciężkiej pracy. Ciągły pospiech, pogoń za pieniądzem, bez którego życie we współczesnym świecie praktycznie jest niemożliwe, powodują, że człowiek rozwój duchowy pozostawia na później. Jest to bolączka Europejskiej Cywilizacji. W Kulturach Azjatyckich ten problem jest mniej widoczny, gdzie kładzie się większy nacisk na ,,karmienie duszy”, a nie ciała. Jest to o wiele szerszy problem, który wymagałby dokładniejszych studiów, na które nie ma tu miejsca.
Muszę przyznać, że okres życia przypisany eremicie, nie musi i nie powinien kojarzyć się z pustelniczym izolowaniem się od ludzi. Oczywiście praca nad rozwojem duchowym wymaga spokoju, ciszy i skupienia, które powinny być przeplatane kontaktami z innymi ludźmi, którzy wnoszą wiele nowego do naszego życia. Jesteśmy przecież stworzeniami stadnymi i o tym nie możemy zapominać. Jak wspomniałem przed chwilą, receptą na szczęśliwe życie oprócz ezoteryki, jest kontakt z ludźmi… młodymi. To właśnie Wy, odgrywacie wielką rolę w moim życiu – jesteście eliksirem, balsamem, który koi moją duszę i ciało. Wsłuchuję się w Wasz głos - co macie do powiedzenia. Moi rówieśnicy, bądź starsi ode mnie rozmawiają głównie o... chorobach i narzekają na drożejące leki. (!) Staram się, nie pozostawać Waszym dłużnikiem, dlatego w miarę moich skromnych możliwości służę Wam radą i duchowym wsparciem, w trakcie bezpośrednich kontaktów, niekiedy przez telefon. Być może, nie zawsze są one skuteczne, ot! Samo życie! 
Ten „tasiemcowy” tekst to efekt, tego, co miał do powiedzenia (w skrócie!) eremita o… Eremicie.


Na zakończenie, trochę niekonwencjonalnie o numerologii związanej z karmiczną Dziewiątką.   

Nie będę powielał informacji książkowych, przytoczę jedynie kilka „ciekawostek” – tak je można określić. Pochodzą one z moich osobistych notatek związanych z numerologią, które gromadzę od wielu lat.

Karmiczne Dziewiątki, to osoby, do których trudno byłoby się przyczepić, ponieważ nie wchodzą one w drogę innym ludziom, a że ich misją jest pomaganie innym, angażują się w działalność charytatywną. Niekiedy trzeba ich do tego zachęcić, ponieważ większość Dziewiątek to osoby trochę nieśmiałe, oszczędne w wypowiadaniu się. Jako małe dzieci, niczym nie różnią się od swoich rówieśników, a niekiedy są aż nadto „ruchliwe”. Jednak z wiekiem, zaczynają się powoli wyciszać, co niektórzy rodzice odbierają, jako coś dziwnego, niepokojącego. Jeśli jestem przy dorastających Dziewiątkach, to nie sposób pominąć milczeniem sytuacji, kiedy dziewczyna/chłopak przez kilka dni nie daje znaków życia – nie przychodzi na randki, nie odbiera telefonów. Partner się niepokoi, a po tych „cichych dniach” wszystko wraca do normy. Na pytanie, „co się z tobą działo”, odpowiada szczerze – nic. Dziewiątki bardziej niż inni, lubią sprawiać innym ludziom przyjemność – kupują prezenty, zapraszają na imprezy itp. Tu może dojść do sytuacji trochę nieprzyjemnej. Jeśli jest dawca, szybko znajdzie się biorca.  Hojność Dziewiątki może być wykorzystywana ponad miarę. Przeważnie „darczyńca” zbyt późno wyciąga wnioski z tej przykrej dla siebie lekcji, w sercu pozostaje żal i smutek. Dziewiątka jest „oszczędna” w kupowaniu dla siebie, a jeśli już kupi, to zastanawia się, czy była to słuszna decyzja. „Mogłam jeszcze trochę poczekać, przecież te buty, które mam na nogach nie są najgorsze”.

Można byłoby napisać cały traktat o Dziewiątkach, podobnie jak o innych wibracjach, ale to nie jest tematem tego posta.

Ez[o] 

czwartek, 17 listopada 2011

Memento mori (uzupełnienie)


Zamieszczam dwa komentarze, jakie były łaskawe napisać Tuome i Rebeka Rhan pod ostatnim moim postem Memento mori. W pełni zgadzam się z tym, co Panie napisały w komentarzach, a które dotykają niezwykle ważnych kwestii, co stało się przyczynkiem do napisania uzupełnienia do posta. Życie i śmierć to temat, który wyzwala w nas wiele emocji, dotyka najbardziej delikatnej i najważniejszej kwestii, która dotyczy wszystkich istot żywych. Codzienna bieganina, pogoń za materią, sprawiają, że człowiek zapomina, co jest prawdziwym sensem życia na Ziemi. Przynajmniej raz w roku, w Święto Zmarłych, nad grobami bliskich, w myślach zadajemy sobie różne pytania: Co stanie się z nami po śmierci i jak zostaną potraktowane nasze szczątki, gdzie zostaną złożone? Póki żyjemy na tym „grzesznym świecie”, powinniśmy dbać o pamięć tych, co odeszli, a z tym bywa bardzo różnie.   

Powracam do komentarzy.
Tuome pisze o ludziach bluzgających przez telefon na cmentarzu, zestawiając obok – sprzedawanie sznycli koło cmentarza, co przez niektórych jest uznawane, jako coś złego. Przekleństwa, stały się w Polsce zjawiskiem tak powszechnym, że przestały dziwić, a oburzają tylko nielicznych. Jeżeli ludzie na cmentarzu, nie potrafią utrzymać między zębami swojego chamskiego języka, według mnie, jest to sygnał, że zaczyna dziać się coś złego, co budzi mój niepokój.

Rebeka w swoim komentarzu zauważa, że śmierć niewielu osobom się podoba (…) zaczyna brakować dla niej miejsca. Tak, to prawda. Nie możemy zapominać, że cierpienie i śmierć zostały zepchnięta do szpitali, do hospicjów, gdzie są codziennością, zjawiskiem „normalnym”, jeśli w ogóle można o nich mówić w ten sposób. W tym miejscu wracam do przeszłości, kiedy byłem małym dzieckiem (pięcio- sześcioletnim). Co najmniej dwukrotnie widziałem ceremonie pogrzebowe, które prawdopodobnie należą już do przeszłości. Doskonale pamiętam moment, kiedy zmarła sąsiadka, staruszka - prababcia mojego kolegi Wojtka. Wszedłem z kolegą do pokoju na parterze. Okna były przysłonięte ciemnym materiałem, panował półmrok, w otwartej trumnie leżała kobieta w czarnej, długiej sukni, w ręce miała włożony różaniec. Jej woskowe ciało oświetlały palące się gromnice. W pokoju byli najbliżsi i znajomi, śpiewali pieśni żałobne. Przed budynkiem wystawiona była czarna chorągiew, na której była wyszyta biała czaszka a poniżej dwa skrzyżowane piszczele. Pamiętam, że nawet obcy przechodnie, wchodzili do mieszkania, by pomodlić się przy zmarłej staruszce. Żałobnicy z trumną szli do kościoła, a dopiero później na cmentarz. Największe wrażenie wywarła na mnie ta czarna chorągiew. Było to moje pierwsze, prawdziwe memento mori, prawdziwe zetknięcie się ze śmiercią w tak młodym wieku. Zadaję pytanie: „Obecnie, który z rodziców by poszedł ze swoim kilkuletnim dzieckiem do mieszkania, gdzie odbywałaby się ceremonia pogrzebowa, o której piszę powyżej”? Najprawdopodobniej, zdecydowana większość, by skwitowała to słowami, że zbyt traumatyczne [modne słowo] byłoby to przeżycie dla ich dziecka. Natomiast, gra komputerowa, w której zabija się ludzi, nie jest traumatycznym przeżyciem, ponieważ są to „wirtualne” postaci. Coraz częściej, jesteśmy świadkami, kiedy świat wirtualny miesza się ze światem realnym, kiedy młody człowiek zabija kolegę, ponieważ chce zobaczyć, jak umiera „prawdziwy” człowiek. Wiem, że są krańcowo, ekstremalne przykłady, ale niestety zdarzają się.

W latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy byłem kilkunastoletnim chłopakiem, negatywną postacią była urwis, którego przedstawiano z procą w ręku. Ot, taki polski apasz znad Wisły. Pamiętam, że grupy wyrostków z procami w rękach „grasowały” po cmentarzach. Ich ulubioną „rozrywką” było celowanie z procy kamieniami w zdjęcia nagrobkowe, które pękały, ponieważ były wykonywane z porcelany. Jestem przekonany, że zostali oni ukarani, jeśli nie przez swoich rodziców, to przez Sąd Boży. Piszę o tym, dlatego, ponieważ chcę uświadomić, że nie tylko teraz zdarzają się akty wandalizmu na cmentarzach, że profanowanie grobów miało miejsce wiele lat temu.  

Kiedy słyszę w telewizorze, że niszczono, bezczeszczono polskie groby na terenach byłego Związku Radzieckiego, jestem oburzony podwójnie. Profanowanie tam grobów, niczym się nie różni od likwidacji całych niemieckich cmentarzy, chociażby na Dolnym Śląsku. W samym Wałbrzychu zlikwidowano ich kilka, między innymi na dzielnicy Sobięcin, Podgórze, Piaskowa Góra. Wywożono płyty nagrobne, plantowano groby, stawiano ławki – jednym słowem przekształcono je w… parki. Na dzielnicy Szczawienko, na terenie byłego cmentarza niemieckiego, powstało … osiedle domków jednorodzinnych. Można się zapytać mieszkańców tych domów: „Jak się mieszka na prochach ludzkich”? Podobny los spotkał świątynie, w których robiono, miedzy innymi sklepy i magazyny. Tak zdeptano sacrum, o czym pisząc, czuję odrazę do ówczesnych decydentów, którzy się tego dopuścili, a robili to „w imię prawa”, jakie wówczas obowiązywało. W pobliskich Świebodzicach, na cmentarzu jest grobowiec rodziny Becker’ów. Gustaw Becker w roku 1849 uruchomił fabrykę różnego rodzaju zegarów (obecny Termet). Mieszkańcy Świebodzic bezinteresownie opiekują się tym grobowcem.  Jeżdżąc rowerem zdarza się, że widuję pojedyncze groby, na terenach, gdzie były kiedyś cmentarze. Matka Natura powoli je wchłania – płyty nagrobne ulęgają rozpadowi, zapadają się w ziemię.

Jeszcze kilka zdań na temat fotografii nagrobkowych. Wystarczy wejść na strony internetowe, by zobaczyć różne „cudeńka”.  W tej chwili „na rynku” jest wiele firm, które oferują zdjęcia w różnych kształtach – od owalnych, przez wielokątne, aż po te, w kształcie serduszka z różnymi zdobieniami, przeważnie kolorowe. Być może pasują one do współczesnych nagrobków, których kształty, formy zmieniają się – zgodnie z „cmentarną modą”. Przepych, graniczący z dziwactwem, jest niepotrzebny osobie zmarłej. Uważam, że najbardziej odpowiednim kształtem fotografii nagrobnej jest owal lub koło. Okrąg jest symbolem rajskiego bytu. Okrąg nie ma początku ani końca, co można tłumaczyć, jako nasze ciągłe powroty na Ziemię i umieranie – reinkarnację, której kościół katolicki nie uznaje. Wydaje mi się, że sepia i różne odcienie brązu to kolory, które dobrze komponują się na prostych, granitowych płytach.

Osobiście, nie jestem zwolennikiem masowego umieszczania zdjęć na grobach. Każde zdjęcie, niezależnie, na jakim materiale jest wykonane i jaką techniką, posiada swoją energię, która oddziaływuje na otoczenie, w tym, głównie na nas – na ludzi. Przeważnie jest to energia pozytywna, ale nie możemy wykluczyć odwrotnej sytuacji.

Byłem świadkiem sytuacji, kiedy nazajutrz po wypadku, w którym zginął młody człowiek, ktoś w miejscu wydarzenia postawił drewniany krzyż a na mim umieścił zdjęcie ofiary. Według mnie, jest to sytuacja niedopuszczalna, ale trudno obwiniać kogoś, kto nie zna podstaw ezoteryki. Miało to miejsce w okolicach Walimia w Górach Sowich. Delikatnie zasugerowałem osobie mieszkającej w pobliżu, by przekazała rodzinie ofiary, by zdjęli zdjęcie z krzyża.

Jeśli jest negatyw, musi być też pozytyw. W Polsce mamy wiele nekropolii, które stanowią nasze dziedzictwo narodowe. Budowle cmentarne, poczynając od nagrobków, poprzez grobowce rodowe, a kończąc na kaplicach cmentarnych, są dziełami sztuki, które są odbudowywane, konserwowane, dzięki hojności darczyńców. Coroczne, listopadowe kwesty w okolicach cmentarzy stały się już tradycją. Nie przesadzę, jeśli powiem, że prekursorem, który przyczynił się do odbudowy warszawskich Powązek był Jerzy Waldorff – publicysta i krytyk muzyczny, który zmarł w 1999 roku, został pochowany na swoich "kochanych" Powązkach.

Ez[o]    

Na zdjęciu moja babcia Maria, która zmarła w 1940 roku, mając 42 lata. Zdjęcie pochodzi z moich zbiorów rodzinnych.